ANDROID.COM.PL – społeczność entuzjastów technologii
najgorsze filmy wszech czasow

Najgorsze filmy wszech czasów – te produkcje lepiej omijać

Autor: Przemysław Dobrzyński Kategoria: Rozrywka

Wielu z was zapewne mniej więcej orientuje się jakie są filmy uznawane za najlepsze. Ale czy znacie najgorsze filmy w dziejach kina? Jeśli nie to zapraszam poniżej. Warto wiedzieć czego unikać.

Najgorsze filmy w historii kina – tak złe, że aż złe

the room najgorsze filmy wszech czasow

Spora część z nas lubi czasem obejrzeć sobie zły film, licząc, że może będzie się na nim dobrze bawić. Zjawisko filmów tak złych, że aż dobrych ma niemałe grono fanów. Jednak są też filmy tak złe, że niestety nie da się z nich czerpać żadnej frajdy. I to z myślą o nich powstała poniższa lista prezentująca najgorsze filmy w historii kina.

The Singing Forest

Dwoje kochanków ginie podczas Holokaustu. Jeden z nich powraca do życia po reinkarnacji wcześniej od drugiego. Jego 22-letnią córka, która zakochuje się w osobie, którą jej ojciec uważa za swego kochanka z poprzedniego życia. Tak brzmi opis fabuły tego filmu. Brzmi kiepsko, w sam raz na tani melodramat, ale niekoniecznie od razu jeden z najgorszych filmów w historii. Tym co jednak ciągnie go w przepaść jest amatorska reżyseria, niewiele lepsze aktorstwo, żenująca warstwa formalna (czy ten film w ogóle był oświetlany?). Ale największym jego grzechem jest kompletnie położony scenariusz, który co gorsza wykorzystuje tragedię Holocaustu na potrzeby marnego melodramatu. Wszystko to składa się w podręcznikowy wręcz przykład tego jak wygląda klasycznie zły pod każdym względem film. 

Geniusze w pieluchach

Wystarczy spojrzeć na tytuł tego filmu oraz plakat tudzież zwiastun i chyba nikt nie powinien być zaskoczony jakością tej produkcji. To co mnie zaskoczyło, to fakt, że jest to dzieło tyleż samo durne, co zwyczajnie nudne i fatalnie wyreżyserowane. Ale jeszcze większym szokiem jest dla mnie to, że grają w nim. m.in. Christopher Lloyd, Kim Catrall czy Kathleen Turner.

Poznaj moich Spartan

Na dobrą sprawę cała ta lista mogłaby zawierać wyłącznie amerykańskie parodie filmowe z początku XXI wieku. Te filmy były przerażająco złe. I co gorsza dobiły, a wręcz wpędziły do grobu całą piękną tradycję hollywoodzkich parodii, które święciły swoje triumfy w latach 80. i 90. To po prostu smutne. Tym bardziej gdy oglądamy takiego potworka jak „Poznaj moich Spartan”. Twórcy tego filmu uchodzą w branży za największe beztalencia, które nie powinny mieć dostępu do kamer. A ich „dzieło” to pozbawiony sensu i struktury festiwal klozetowego pseudo-humoru. Ten film da się oglądać tylko po solidnej ilości piw spożytych przed seansem. Obie czynności odradzam.

Nieśmiertelny 2

Ten film „bolał” w dużej mierze dlatego, że część pierwsza była naprawdę dobra. Przynajmniej dla mnie. To jeden z moich ulubionych filmów z lat 80. A to, że sequel jest tak drastycznie gorszy tylko „podbiło stawkę”. To jeden z najbardziej szokujących przykładów na spadek formy między dwiema częściami danej serii. „Nieśmiertelny 2” to właściwie zupełnie inny film, nie tylko mając na uwadze fakt, że tym razem twórcy elementy fantasy zamienili na science-fiction, ale też przyglądając się formie – wszystko jest tu gorsze, tańsze, bardziej zaniedbane. Część pierwsza nie była ani filmem wybitnym ani wielkim hitem, ale to nie oznacza, że kręcąc sequel można przestać zwracać uwagę na cokolwiek i dostarczyć widowni tak spartaczony produkt…

The Room

Tak, wiem, „The Room” swego czasu zyskał niemałą sławę i dla wielu należy do produkcji tak złych, że aż dobrych, ale to nadal przerażająco fatalny i głupi film. Jego twórca Tommy Wisseau w swojej własnej głowie tworzył arcydzieło na miarę filmów z Marlonem Brando, którego próbował naśladować – sęk w tym, że nie tylko nie posiada on żadnego talentu (aktorskiego i reżyserskiego), ale też wyobraźni. Całość wygląda tak, jakby ją napisał i nakręcił 10-latek, który dostał od rodziców za duże kieszonkowe.

Batman i Robin

Nie jest to oryginalny wybór, przyznaję, natomiast nic nie poradzę, że trauma po obejrzeniu tego filmu, i to w kinie, została ze mną przez te wszystkie lata. Oczywiście z biegiem czasu zaczynam dostrzegać w „Batman i Robin” ślady świadomego kampu i tego, że reżyser mierzył w oddanie ducha komiksów i seriali o Batmanie z lat 50. i 60. Ale to nadal nie usprawiedliwia tego, jak drewniany jest cały ten film. Dialogi są drętwe (kiepska obsada nie pomaga), fabuła nie trzyma się kupy, reżyseria fatalna, sceny akcji wyjęte rodem z niskobudżetowej kreskówki dla 6-latków. No i te gumowe sutki na kostiumach… „Batman i Robin” ma swój urok, szczególnie dla miłośników kina klasy C, co jednak nie zmienia faktu, że to marne kino pod każdym względem. I kto wpadł na pomysł, by w roli Batmana obsadzić George’a Clooneya?!

Transformers: Ostatni rycerz

Ja naprawdę nie jestem żadnym ogromnym hejterem Michaela Baya. Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że jego filmy to w większości durne (choć czasem efektowne) teledyski, ale niektóre z nich lubię. W tym pierwszą część „Transformers”. Kolejne są tylko gorsze, ale część piąta to już po prostu przekroczenie wszystkich granic absurdów i durnoty. Nawet sekwencje widowiskowe zaczęły nużyć, a wręcz męczyć i stały się jedynie pustą kakofonią stworzoną na komputerach. Sam Bay zdaje się kręcić te filmy jak maszyna na autopilocie i od niechcenia. Dostaje masę pieniędzy od studia więc robi je, chyba specjalnie coraz gorzej i tylko czeka aż studio go w końcu zwolni. Sęk w tym, że masowej widowni to nie przeszkadzało i stawiała się tłumnie w kinach. Aż do czasu części piątej. W końcu Bay dopiął swego. Zrobił najgorszy film jaki był w stanie (a to mówi dużo samo przez siebie). Co w nim robił Anthony Hopkins do dziś pozostaje dla mnie zagadką.

Koty

Wystarczy obejrzeć zwiastun tego filmu, by zadać sobie egzystencjalne pytanie zawarte w trzech literach: „WTF?!”. Kto wpadł na pomysł, by przenieść musical „Koty” na taśmę filmową i to w dodatku w tak idiotycznej formie? Ten film to czysta definicja tandety i partactwa. Na tym zakończę…

Superman IV

Jestem w stanie czasem zrozumieć pewne złe decyzje hollywoodzkich studiów – napędzane są one przez chęci zysków, a to wiele potrafi tłumaczyć. Ale rzezi, którą dokonano na Supermanie nigdy nie zrozumiem. Już poprzednia część była solidną pomyłką, gdyż ktoś wpadł na pomysł, by zrobić z niego… komedię z Richardem Pryorem, ale „Superman IV” jest jeszcze gorszy. Głównie dlatego, że to produkcja klasy C i to nieudana. Z fatalnym i przede wszystkim nudnym scenariuszem oraz marną i przerażająco tanią warstwą formalną. To o tyle smutne, że ok. dekadę wcześniej pierwszy „Superman” był hollywoodzkim megahitem i przeszedł do klasyki kina rozrywkowego. Część czwarta to tymczasem jej marny cień. Jest to też przykład na to, w jakim miejscu znajdowały się adaptacje komiksów pod koniec lat 80. – mało kto traktował je poważnie.

Totalny kataklizm

Tytuł perfekcyjnie oddaje jakość i poziom tej produkcji. Jeśli szukacie filmu z żenującymi, najbardziej obleśnymi, prostackimi i trywialnymi „żartami”, które wydają się być autorstwa niezbyt rozgarniętego 12-latka i nie szkoda wam życia na oglądanie dyletanckich i pół amatorskich quasi-filmów to droga wolna. Jedyne szczątki szacunku jakie mam względem takich produkcji, to fakt, że pracowała przy nich niemała grupa ludzi, która musi z czegoś żyć.

Prawie każdy film Patryka Vegi

Polacy nie gęsi i też swoje złe filmy i twórców mają. Doceniam żyłkę biznesową Patryka Vegi oraz to, że kręcąc w większości fatalne filmy znalazł swoją grupę docelową i osiągnął niemal amerykański sukces w polskim kinie. Ilu współczesnych polskich reżyserów jest znanych masowo obecnie? Poza Vegą chyba tylko Smarzowski. To o czymś świadczy. Niestety w przypadku Vegi nie świadczy to o talencie filmowym, a raczej instynkcie komercyjnym i umiejętnym go wykorzystaniu, a to też jakaś umiejętność. Nie zmienia to jednak faktu, że zdecydowana większość filmów Vegi to wulgarne, chaotyczne quasi-filmy, ze scenariuszami pisanymi na kolanie i bluzgami wykorzystywanymi zamiast znaków interpunkcyjnych. To kino żerujące na najniższych instynktach, w którym króluje kasa, seks i przemoc. Do tego Vega lubuje się we wszelkiej maści tabloidowych patologiach i demagogii niemalże tak, jakby jego filmy były adaptacjami artykułów z Super Expreesu. Kino, polskie i światowe, byłoby lepsze bez jego produkcji. Ale one istnieją, więc trzeba z tym jakoś żyć. Najlepiej omijając je szerokim łukiem.

Filmowe rankingi, które warto przeczytać

Na naszym portalu znajdziecie także wiele innych rankingów oraz zestawień, które warte są przeczytania. Poniżej prezentujemy ich listę i zachęcamy do czytania.

Sprawdź najnowsze wpisy