Zdjęcie przedstawia grafikę promującą grę "The Last of Us Part II Remastered", z postacią Ellie na pierwszym planie oraz postacią Joela w tle, w opuszczonej i zalanej miejskiej scenerii z napisem "Seattle".
LINKI AFILIACYJNE

Recenzja The Last of Us Part II Remastered. Gra, która mnie wykończyła

13 minut czytania
Komentarze

Informacja o tym, że powstaje The Last of Us Part II Remastered, wywołała spore zamieszanie w sieci. Mówimy w końcu o odświeżeniu zaledwie kilkuletniej gry, która i tak dostała patch w wersji na PlayStation 5. Czy jest sens w tym, by faktycznie wypuszczać taki tytuł ponownie na rynek? Cóż, mam nadzieję, że ta recenzja The Last of Us Part II Remastered rozwieje wasze wątpliwości na ten temat. Ja już wiem, że to wcale nie jest „skok na kasę”, ale to też nie jest pozycja dla każdego. W tekście mogą pojawić się niewielkie spoilery.

Zalety

  • Gra wygląda jeszcze lepiej
  • Pełne wsparcie dla kontrolera DualSense
  • Tryb Bez powrotu zmienia zasady rozgrywki
  • Dodatkowe materiały dla oddanych fanów

Wady

  • Jak graliście dla fabuły, ta odsłona nie jest dla was
  • Poziom trudności wyzwań potrafi zniechęcić
  • Ta gra nie potrzebowała remastera. Nowy tryb to „namiastka” multiplayera

The Last of Us Part II Remastered w trzech zdaniach podsumowania

The Last of Us Part II Remastered to odrobinę ładniejsza wersja tego, co nie potrzebowało upiększenia. Nowy tryb faktycznie zmienia sposób rozgrywki, ale to dodatek dla tych, którym brakowało multiplayera. Nie zmienia to jednak tego, że TLOU to po prostu gra, która zasługuje na uznanie.

8,8/10
Ocena

The Last of Us Part II Remastered

  • Grafika 9
  • Muzyka i udźwiękowienie 9
  • Fabuła 8
  • Przyjemność z rozgrywki 9

Recenzja The Last of Us Part II Remastered – niby nowe, a stare

Postać kobieca z plecakiem stoi na zewnątrz opuszczonego budynku, patrząc na zarośnięte ulice z porozrzucanymi samochodami i autobusem szkolnym w szary, pochmurny dzień. Screen z gry The Last of Us Part II Remastered na PS5.
Fot. The Last of Us Part II Remastered na PlayStation 5, zrzut ekranu

Druga część legendarnego The Last of Us pojawiła się u schyłku ery PlayStation 4, a konkretniej w czerwcu 2020 roku. Minęły więc niecałe 4 lata od jej debiutu i to bardzo szybko, jak na to, by wypuszczać odświeżenie. Podobnie wyglądało to z „jedynką”, gdzie jeszcze bardziej się pośpieszono. Pierwsze TLOU zadebiutowało na PlayStation 3 w 2013 roku, a już w 2014 pojawiło się na kolejnej generacji sprzętu Japończyków. Różnica między tymi dwiema grami jest taka, że wersji z PS3 nie odpalimy na PS4, ale The Last of Us Part II możemy uruchomić także na najnowszej wersji konsoli (PS5). I ta wcale nie wygląda czy działa źle. Był więc sens w wypuszczaniu odsłony Remastered? Moim zdaniem tak, ale nie dla wszystkich.

The Last of Us Part I Remastered był faktycznym odświeżeniem, a raczej zbudowaniem gry od nowa na potrzeby kolejnej generacji sprzętu. Part II Remastered nie do końca tym jest, choć owszem pod względem graficznym nowa wersja może wyglądać odrobinę lepiej. Mamy tutaj lepszej jakości tekstury, ulepszony system cieni czy w końcu natywne 4K. To dalej jednak kosmetyka, której część graczy może nawet nie zauważyć odpalając tytuł na PlayStation 5, a szczególnie, jeżeli grali w poprzednią wersję z patchem usprawniającym działanie gry.

Scena z gry wideo The Last of Us Part II Remastered przedstawiająca młodą kobietę patrzącą w lustro z zaskoczonym wyrazem twarzy, w tle postać mężczyzny z zasłoniętą twarzą ręką. Na ekranie widoczne są opcje wyboru: "(L) Głowa" i "(R) Twarz".
Fot. The Last of Us Part II Remastered na PlayStation 5, zrzut ekranu

Fabularnie także nic się tutaj nie zmieniło. To dalej dokładnie ta sama gra, która wywoływała w nas emocje przed kilkoma laty. I uważam, że całą siłą The Last of Us (obu części) jest fabuła, a wersja Remastered w tej konkretnej kwestii nie zmienia nic. Co nie oznacza, że to produkcja, którą warto pominąć. Posiadając wersję na PS4 możemy zrobić update do tej najnowszej za około 50 złotych (na moment pisania recenzji nie podano dokładnej ceny) i sądzę, że to będą doskonale wydane pieniądze. Pod warunkiem, że nie stawiacie fabuły na pierwszym miejscu, a tą część macie już dawno ograną.

Ważna informacja jest też taka, że spokojnie można przenieść zapisane dane do nowej wersji gry. W ten sposób nie trzeba przechodzić całości od początku, a od razu zabrać się za nowe rzeczy, które Naughty Dog umieściło w tytule.

Nowe poziomy w The Last of Us Part II Remastered

Postać w grze komputerowej stoi na uboczu drogi i patrzy na sklep z napisem "Mountain General" w otoczeniu drzew i przyczep kempingowych, w tle pagórkowaty krajobraz.
Fot. The Last of Us Part II Remastered na PlayStation 5, zrzut ekranu

Nie będę streszczał tutaj fabuły samej gry, bo o niej napisano już chyba wszystko. Wiemy też, kto zagra Abby w 2. sezonie serialu od HBO i wygląda na to, że ten też może budzić trochę kontrowersji. Wracając jednak do samej gry, to w tej wersji dostajemy także możliwość zagrania w etapy, które nie trafiły do finalnej odsłony. To tak naprawdę trzy etapy i można w nie zagrać niezależnie od samego wątku fabularnego. Są dostępne z komentarzem twórców, którzy tłumaczą dlatego dane fragmenty nie znalazły się w grze, a przede wszystkim pokazują, jak wygląda proces gamedevu od środka.

Trafimy do Jacksonville czy też na przedmieścia Seattle, ale wiele nowego się nie dowiemy. Etapy są faktycznie niedokończone i ich obecność w samej grze niczego by nie zmieniła. To jednak miłe odświeżenie, które pokazuje, że proces produkcji gry to gigantyczny wysiłek i katorżnicza praca dla setek osób. Przyznaję, że miło było przejść się miejscach, których wcześniej nie widziałem, ale każdy etap to raptem parę minut. Warto posłuchać tego, co mają do powiedzenia sami twórcy, którzy w wybranych miejscach rozmieścili znaczniki z nagraniami głosowymi.

To pomaga rozbudować wiedzę o samej grze i sposobie jej tworzenia. Osobiście popieram decyzję twórców o wywaleniu tych etapów z finalnej wersji gry. Szczególnie tego, gdzie Ellie patrząc na ranne zwierzę widzi w nim… Joela. Rozumiem ten zabieg w formie scenariuszowej, ale w samej grze wyszło to bardzo kiepsko. Całe szczęście to coś, czego podczas gry nie uświadczymy. Warto odwiedzić nowe lokacje dla samego komentarza. Podobno część z tych miejscówek ma pojawić się w serialu.

Nowy tryb Bez powrotu to zmiana zasad gry

Tablica korkowa z przypiętymi zdjęciami i notatkami, połączonymi czerwonymi liniami. Znaczniki i tekst wskazują na planowanie działań lub rozmieszczenie w ramach gry komputerowej The Last of Us Part II Remastered.
Wybór ścieżki w trybie Bez powrotu nie należy do najłatwiejszych. Fot. The Last of Us Part II Remastered na PlayStation 5, zrzut ekranu

Największą nowością w The Last of Us Part II Remastered jest tryb Bez powrotu. Coś, co można nazwać namiastką multiplayera, którego ta seria jakoś nie może się doczekać. Tutaj przyjdzie nam brać udział w serii potyczek i walk, a śmierć jest permanentna. Nie ważne jak dobrze pójdzie nam kilka walk – jedna nieudana i zaczynamy od nowa. Przyznaję, że to niesamowicie frustrujące, ale także i wciągające doświadczenie, choć nie dla wszystkich. Tutaj na pierwszy plan wysuwa się bowiem walka i objęta przez nas taktyka, a nie fabuła, wokół której zbudowane jest przecież The Last of Us.

Fragment rozgrywki z trybu Bez powrotu i prezentacja modów.

Na początku dostajemy możliwość grania Ellie lub Abby, a naszym zadaniem będzie… przetrwanie. Lądujemy bowiem na nowych mapach, które na dodatek przy każdej kolejnej walce mogą wyglądać inaczej. Jest też kilka trybów, które zmieniają zasady tego, co musimy robić. Mamy więc Szturm, gdzie przyjdzie nam przetrwać atak fali wrogów czy Polowanie. Tutaj wrogowie po prostu na nas nacierają, a my musimy przetrwać do końca rundy. W niektórych walkach dostaniemy nawet towarzysza, a przy kolejnych próbach odblokowane zostaną kolejne tryby (jak chociażby ochrona tego nieszczęsnego i plątającego się pod nogami bohatera).

Każda wygrana potyczka sprawia, że dostajemy nagrody. Części do modyfikacji broni, suplementy pozwalające rozbudowywać zdolności postaci i walutę, która pozwala nam na zakupy pomiędzy walkami. Im lepiej pójdzie nam dana rozgrywka, tym więcej nagród możemy dostać po jej zakończeniu. Walki potrafią być modyfikowane i np. przeciwnicy mają więcej zdrowia lub po śmierci zostawiają za sobą bombę. Do tego sam wygląd gry także może się zmieniać. Tryb Bez powrotu przynosi także Gambity, czyli takie dodatkowe wyzwania podczas samej rozgrywki. Zajdziemy kogoś od tyłu i zdejmiemy po cichu, to dostaniemy dodatkowe punkty. Tutaj nie ma jednego przepisu, bo każda rozgrywka to inne modyfikacje i inne gambity. Może się okazać, że dostaniemy taki zestaw, że z góry wiemy, jak skończy się potyczka.

Gratka dla lubiących wyzwania

Postać w grze wideo skrada się obok zardzewiałej karetki pogotowia w opuszczonym, miejskim otoczeniu z widocznym drutem kolczastym i zaroślami.
Jedna z potyczek w trybie Bez powrotu z włączonymi modyfikacjami. Fot. The Last of Us Part II Remastered na PlayStation 5, zrzut ekranu

Bez powrotu to zdecydowanie tryb dla osób, które uwielbiały walkę w samej grze. Niby można tutaj postawić na jakąś strategię, ale to nie to samo, co w samej grze. Im więcej prób ukończymy, tym więcej postaci możemy odblokować. Każda z nich ma inne możliwości, więc możemy podchodzić do kolejnych wyzwań inaczej. Abby to pokaz siły, Ellie to spryt, a już np. Lev załatwia sprawy „po cichu”. Tak naprawdę to od nas zależy, jak będziemy podchodzić do kolejnych starć. Warto rozważnie wybierać ścieżki, które mają nas zbliżyć do walki z bossem, ponieważ jak sam nazwa wskazuje, nie ma już powrotu.

Pokaz rozgrwyki w trybie Bez powrotu, gdzie głównym bohaterem jest Joel.

Czy próby są trudne? Nie będę oszukiwał i powiem wprost – dla mnie były. I to nawet w wersji na minimalnym poziomie trudności. W potyczkach brakuje czasu na dobre zbudowanie strategii, a z jak wylosuje się modyfikację utrudniającą rozgrywkę, byłem krok od tego, by rozwalić kontroler o podłogę. Serio, to wyjątkowo frustrujące, ale też wciągające doświadczenie. Zupełnie inne, niż sama gra, gdzie każda walka była „po coś”. Tutaj chodzi o czystą rozrywkę i ta faktycznie potrafi być satysfakcjonująca. Mamy nowe bronie i schematy pozwalające budować kolejne zasadzki. To odświeżające, a na dodatek mamy poniekąd coś, co napędza nas do podejmowania kolejnych prób.

Scena z gry wideo przedstawiająca postać skradającą się z zagiętym nożem za plecami w kierunku przeciwnika wyglądającego jak zombie na tle zaniedbanego drewnianego domu. Obok leży ciało innego przeciwnika w kałuży wody. Na ekranie widoczne elementy interfejsu użytkownika, w tym licznik amunicji i ikony postaci.
Fot. The Last of Us Part II Remastered na PlayStation 5, zrzut ekranu

Im więcej ich wygramy, tym więcej nowych rzeczy dostaniemy. To wprawdzie głównie kosmetyka, czyli nowe skórki dla postaci czy wygląd broni, ale to i tak wciąga. Można potem wejść do normalnej gry i sprawić, że Ellie ma na sobie strój kosmonauty. Niby drobnostka a cieszy.

Bez powrotu pozwala zagrać także postaciami, które do tej pory tylko obserwowaliśmy. Oczywiście, żeby Dina, Lev czy Tommy pojawili się w naszym „arsenale” musimy przejść odpowiednio dużo wyzwań, ale dla fanów to nie powinno stanowić problemu. Bez powrotu to także odświeżenie samej mechaniki. Potyczki są krótkie, więc możemy po pracy odpalić kolejną próbę i po prostu rozwalić kilku wrogów. Nie trzeba się skupiać na fabule, a można zająć się walką.

Kontroler DualSense w końcu zyskał zastosowanie

Zrujnowane, opuszczone wieżowce zniszczone przez katastrofę, z pierwszoplanową postacią obserwującą scenerię. Screen z gry The Last of Us Part II Remastered.
Fot. The Last of Us Part II Remastered na PlayStation 5, zrzut ekranu

Warto wspomnieć jeszcze o tym, że The Last of Us Part II Remastered doczekało się pełnego wsparcia dla kontrolera DualSense. Teraz faktycznie możemy poczuć opór konkretnej broni pod palcami, a wibracje samego pada sprawiają, że gra się odrobinę inaczej. Nie jest to może coś, co diametralnie zmienia odczucia obcowania z tytułem, ale jest czymś, na co ta odsłona także zasługiwała. Pojawiły się także nowe opcje, które ułatwiają rozgrywkę osobom niedowidzącym czy niedosłyszącym. Warto pamiętać, że gry to rozrywka, która powinna być dostępna dla każdego, więc tym bardziej warto to odnotować. Jest też kilka niespodzianek dla fanów, które dobrze odkrywać samemu.

Podczas ogrywania The Last of Us Part II Remastered nie miałem żadnych problemów z wydajnością. Postawiłem na tryb z rozdzielczością 4K i stałym klatkarzem, ponieważ uważam, że ten tytuł zasługuje na jak najlepszą oprawę. Można także wybrać tryb, gdzie mamy zwiększoną liczbę klatę na sekundę kosztem zmieniającej się rozdzielczości i to może być przydatne w Bez powrotu, gdzie każdy ułamek sekundy może być naszym być albo nie być. Niezależnie od wyboru, tytuł prezentuje się zjawiskowo.

Recenzja The Last of Us Part II Remastered – podsumowanie

Scena z gry komputerowej przedstawiająca kobietę próbującą dusić inną postać, z napisami dialogowymi na dole ekranu.
Fot. The Last of Us Part II Remastered na PlayStation 5, zrzut ekranu

Przyznaję, że przygotowanie tej recenzji, a tym samym poznawanie tajników The Last of Us Part II Remastered lekko mnie wymęczyło. Nowy tryb potrafi solidnie dać w kość, a na wyższych poziomach trudności lepiej brać coś na uspokojenie. Sama gra to dla mnie majstersztyk z doskonale poprowadzoną fabułą i bohaterami. Osobiście wolę pierwszą część, którą przechodziłem już kilkukrotnie, ale doceniam to, co twórcy chcieli przekazać w kolejnej odsłonie. Wersja Remastered jest bardzo przyjemnym dopełnieniem podstawowej odsłony gry, a nowy tryb faktycznie pozwala odkryć coś innego.

Materiał pokazujący różnice w wyglądzie wersji podstawowej oraz Remastered.

Czy kilkuletnia gra potrzebowała odświeżenia? Graficznie niekoniecznie, ale już nowy tryb i masa dodatków dla fanów to już zupełnie co innego. Jeżeli zależy wam na poznaniu samej fabuły, to spokojnie możecie zostać przy wersji, którą już macie. Ci, którzy chcą czegoś więcej i pokochali system walki z The Last of Us, niech sięgną po wersję Remastered. Naughty Dog doskonale wie, jak utrzymać zainteresowanie gracza i po raz kolejny im się to udało. Po wielu godzinach z The Last of Us Part II Remastered jestem wykończony, zmęczony i szczęśliwy. Takich produkcji chciałoby się więcej.

Zdjęcie otwierające: Sony / materiały prasowe

Grę otrzymaliśmy od Sony PlayStation. Dostawca nie miał wpływu na treść materiału — prezentowana opinia jest niezależnym i subiektywnym poglądem autora tekstu. Część odnośników to linki afiliacyjne lub linki do ofert naszych partnerów. Po kliknięciu możesz zapoznać się z ceną i dostępnością wybranego przez nas produktu – nie ponosisz żadnych kosztów, a jednocześnie wspierasz niezależność zespołu redakcyjnego.