Mężczyzna w skórzanej kurtce stoi obok czarnego muscle cara z wystającym silnikiem na pustej, wiejskiej drodze, w tle widoczne są suche pola i wzgórza.
LINKI AFILIACYJNE

Mad Max to najbardziej przeceniana seria filmowa w dziejach. A George Miller to żaden geniusz-wizjoner [OPINIA]

12 minut czytania
Komentarze

Chciałbym napisać, że to kontrowersyjna opinia, ale na dobrą sprawę wydaje mi się ona oczywista. Po ponownym seansie całej serii Mad Max po latach stwierdzam, że jest ona naprawdę kiepska i tak naprawdę jedynie jej najnowsza część jest jedyną dobrą odsłoną.

Mad Max – dlaczego tak słaba seria stała się kultowa?

Mężczyzna z brodą trzymający strzelbę, ubrany w skórzaną kurtkę, na tle pustyni i postapokaliptycznego pojazdu.
Fot. Kennedy Miller Productions materiały promocyjne

Naprawdę nie piszę tego tekstu, by wzbudzać złość i frustrację u osób, które mam nadzieję go przeczytają. Nie jest to też tekst-clickbait silący się na kontrowersyjną opinię po to tylko, by wygenerować kliknięcia, choć oczywiście jak każdy autor w sieci piszący jakikolwiek tekst liczę, że przyciągnie on jak najszerszą uwagę, bo nikt nie piszę tekstów w próżnię. Mad Max od czasów, gdy byłem nastolatkiem, istniał w mojej świadomości jako dzieło kultowe. Niekoniecznie dlatego, że ja je za takie uznawałem, ale w dużej mierze dlatego, że wszyscy inni tak uważali. Całą trylogię oglądałem w sumie kiedyś tylko raz. będąc w drugiej albo trzeciej klasie gimnazjum, gdy któraś z czołowych stacji telewizyjnych puszczała go u siebie. Z jednej strony świat przedstawiony, czyli postapokaliptyczna wizja opustoszałej przyszłości, w której rządziły przemoc, brzydota i samochody, robił na mnie spore wrażenie. Na tle tego, co można było oglądać w telewizji w paśmie prime-time, czyli najbardziej mainstreamowym, Mad Max był rzeczą surową, nieokrzesaną, dziką i punkową. Tym niemniej poza samą wizją świata żaden z trzech filmów, które przyszło mi zobaczyć już wtedy, nie zachwycił mnie niczym szczególnym, tak jak robiły to wówczas np. bardziej mainstreamowe filmy Spielberga. Dopiero zaczynałem wówczas moją świadomą przygodę z kinem, więc uznałem, że może czegoś w tych filmach nie rozumiem i potrzebuję czasu by do nich dorosnąć. Mijały lata, moja fascynacja kinem tylko narastała, ale niemal każdego odkrywałem coraz to kolejne filmy, zarówno starsze jak i nowsze oraz premiery kinowe, i nie miałem kiedy ponownie usiąść i obejrzeć Mad Maxa. Nawet gdy w kinach pojawił się „Mad Max: Na drodze gniewu”, choć miałem takie zakusy, nie udało mi się wrócić do wcześniejszej trylogii. „Na drodze gniewu” niesamowicie mi się spodobało, film ten tylko w kinie widziałem trzy razy i za każdym razem wychodziłem z seansu zachwycony. W jakimś sensie to, jak bardzo spodobał mi się „Mad Max: Na drodze gniewu” rzuciło się na moją opinię o serii, gdyż uznałem, że skoro nowa część jest tak genialna, to w sumie poprzednie też musiały takie być, a ja w końcu dorosłem filmowo do tego, by to zrozumieć. Teraz dopiero, po ponad 20 latach, znalazłem w końcu czas, by obejrzeć całą serię raz jeszcze. Zakupiłem sobie ją w 4K usiadłem do oglądania i… potwornie się rozczarowałem.

Pierwszy Mad Max to po prostu zły film

Zabrałem się za oglądanie Mad Maxa po latach z poczuciem, że będę oglądał klasykę i dzieło znakomite. Oczywiście nie oczekiwałem, że zobaczę wirtuozerską reżyserię i genialne sceny akcji, gdyż mówimy tu o niszowej produkcji z Australii, którą nakręcono za malutkie pieniądze przez debiutującego reżysera i w spartańskich warunkach. Mimo wszystko oczekiwałem, że znajdę tu przebłyski geniuszu. Niestety nie znalazłem.

Jasne, ciekawa jest koncepcja świata przedstawionego, wizja przyszłości nakręcona z ograniczeniami budżetowymi stała się po premierze inspiracją dla całego podgatunku produkcji post-apokaliptycznych. Wszystko to rozumiem. Co nie zmienia faktu, że nawet z malutkim budżetem można nakręcić lepszy film, z lepszymi sekwencjami, lepszym aktorstwem, zdjęciami, montażem. Jako dowód podaję starszy o niemal dekadę od „Mad Maxa” film „Pojedynek na szosie” Stevena Spielberga, dla którego był to również debiut pełnometrażowy zrobiony za małe pieniądze. Reżyser pierwszego „Mad Maxa”, George Miller jednak nie ma takiego talentu jak Spielberg, choć z jakiegoś powodu przez wielu uznawany jest za geniusza kina. Pierwszy „Mad Max” to po prostu kiepskie kino i nic go nie usprawiedliwia. Tempo jest powolne i nużące, scenariusza ledwo starcza na i tak niedługi metraż, a główny wątek na dobrą sprawę rozpoczyna się dopiero bliżej końca filmu; reżyseria jest fatalna (zdjęcia i montaż trącą amatorszczyzną). W dodatku gdy siądziemy do części drugiej, to okazuje się, że pierwszy „Mad Max” był przydługim wstępem, prologiem, do właściwej historii, która rozwinęła się w pełni dopiero w sequelu właśnie. Zresztą na początku filmu „Mad Max 2” dostajemy streszczenie wydarzeń z jedynki, które sprawia, że część pierwsza staje się właściwie zbędna. Dopiero też w drugiej części cała post-apokaliptyczna otoczka zaczyna żyć pełnią życia i przybiera kształty tego, co Miller chciał pokazać. Jedynka w tym porównaniu wypada niczym wersja demonstracyjna, reżyserska rozgrzewka Millera i nic więcej. Oczywiście znając dwójkę możemy sobie dopowiedzieć, że w pierwszym Mad Maksie świat jest dopiero w początkowym stadium rozkładu, a w sequelu już go widzimy po rozpadzie, ale mam wrażenie, że to wyszło trochę przypadkiem i Miller sam to sobie dopisał na kolanie. Wiadomo, każda opowieść musi się gdzieś zacząć, tym bardziej, że z początku nikt nie przypuszczał zapewne, że pierwszy „Mad Max” doczeka się kontynuacji. Tak czy tak, nie zmienia to faktu, że jest to kiepski film sam w sobie, z fatalnymi dialogami i masą reżyserskich baboli.

Mad Max 2 jest sporo lepszy od części pierwszej, ale to też nie jest dzieło wybitne

Powyższy śródtytuł mówi właściwie wszystko. „Mad Max 2” jest bez porównania lepszym filmem, ale i on ma wiele problemów, a to przecież dwójka uchodzi za najbardziej kultowe dzieło z całej serii. Dla mnie ten film jest pusty i aż się prosiło, by Miller zapomniał o części pierwszej i zrobił dwójkę jako nieformalny remake jedynki robiąc z fabuły części pierwszej pierwszy akt, a drugi i trzeci z tego co stanowi „Mad Maxa 2”.

Tymczasem „Mad Max 2” ma oczywiście ciekawe wątki, przede wszystkim o niebo lepsze tempo i świetne sceny pościgów/akcji, ale na dobrą sprawę poza tym, nie ma tu za bardzo jakiejkolwiek naprawdę interesującej fabuły. To już jedynka miała bardziej angażujący wątek zemsty za zabicie rodziny Maxa, aczkolwiek Miller z jakiegoś powodu zostawił ten wątek na samą końcówkę filmu zamiast zbudować wokół niego całą fabułę części pierwszej. Dwójka to dla mnie czysty opanowany chaos, ale nie w dobrym tego słowa znaczeniu, gdyż i tutaj widać miejscami niechlujność Millera jako reżysera. Prowadzenie aktorów jest nijakie, montaż nadal taki sobie, ciągle widać niedoróbki, ton i niektóre sekwencje są chwilami rodem z kreskówki. „Mad Max 2” można uznać za dobry film, ale jedynie w kategorii kina klasy B.

Przeczytaj także: Furiosa Saga Mad Max na pierwszym zwiastunie.

Mad Max: Pod kopułą Gromu to jakaś pomyłka

Grupa postaci z filmu fantasy, w tym dwóch mężczyzn dorosłych i kilkoro dzieci w dzikich strojach, stojących razem z wyrazami powagi na twarzach.
Fot. Warner Bros. materiały promocyjne

Trzeci „Mad Max” zaczął się wprawdzie zaskakująco dobrze, pomimo niepokojącego intro z napisami początkowymi i popowym, przecietnym, kawałkiem Tiny Turner w tle. Początek, w którym Max trafia do pustynnej osady przywodzi na myśl westerny, tutaj w wersji post-apo. Zresztą już jedynka była właściwie westernem w wersji post-apo, tylko gorzej zrealizowanym. „Mad Max: Pod kopułą Gromu” w tych pierwszych minutach seansu dawał nadzieję, że w końcu zobaczymy wizję Millera w pełnej krasie i z rozmachem, gdyż gołym okiem było widać sporo większy budżet. Koncept kopuły Gromu też zapowiadał się intrygująco. Nawet Tina Turner dała radę, bo jej postać zdawała się całkiem ciekawa.

Tylko co z tego, skoro wątek kopuły Gromu zajmuje jakieś 5-10 minut całości, a reszta filmu nie ma z nią żadnego związku. Co więcej w dalszej części „Mad Max 3” zmienia się w przedziwną miksturę kina post-apo z przygodowym kinem familijnym. Trochę tu „Władcy much”, trochę „Piotrusia Pana”. A pośrodku tego Mel Gibson, który zdaje się też grać tu zupełnie inną postać niż w poprzednich filmach. Przemocy właściwie tu nie uświadczymy, samochodów praktycznie również. Rozumiem, że celem było zrobienie z Mad Maxa produkcji bardziej mainstreamowej, ale żeby od razu tę surowość i punkowość oraz przemoc z części poprzednich zamieniać na kino familijne? Dla mnie to dowód na to, że George Miller tak naprawdę nigdy nie miał żadnej spójnej wizji na swoje dzieło i okazał się klasycznym koniunkturalistą.

Mad Max to jedna z najgorszych znanych serii w historii kina

Mężczyzna z metalową maską na twarzy prowadzący motocykl; w tle sceny pościgu z wybuchami i pojazdami terenowymi.
Fot. Warner Bros. materiały promocyjne

Dopiero 30 lat zajęło Millerowi wrócenie do serii, która dała mu światową karierę (choć dziwię się czemu). „Mad Max: Na drodze gniewu”, jak pisałem wyżej, okazał się dziełem fenomenalnym. Aż dziw bierze, że reżyser ten na swoje stare lata i ostatni rozdział kariery był w stanie wykrzesać z siebie film tak powalająco dynamiczny, genialnie wyreżyserowany, fantastycznie przemyślany. Poszczególne kadry z tego filmu to wizualne dzieła sztuki. Do tego Miller w końcu uznał, że warto nie skupiać się tylko na szaleńczej akcji, ale też i między wierszami dodać jakiś komentarz w tematach takich jak feminizm, ekologia, ślepa wiara fundamentalistów i tym podobne.  

Nie wiem i nie rozumiem czemu całą jego karierę zajęło mu dojrzewanie do tego, by w końcu nakręcić dobry film (więcej o tym w następnym akapicie). Składając jednak wszystkie części Mad Maxa do kupy wyjdzie nam z tego obraz serii, która jest dramatycznie niespójna, kompletnie chaotyczna, frustrująca i w gruncie rzeczy kiepska jako całość. W której cześć pierwsza i trzecia mogłyby w ogóle nie istnieć, z czego trzecia to dramatyczna zmiana tonalna i właściwie zupełnie inny film od reszty. I na dobrą sprawę ze wszystkich czterech części tylko jedna, najnowsza jest naprawdę warta obejrzenia, i co najgorsze nawet nie wymaga znajomości części poprzednich (tym bardziej jeśli uznamy ją za reboot). W dodatku nawet do części czwartej mam pewne uwagi, a głównie jedną dotyczącą tego, że na dobrą sprawę jego główną bohaterką jest Furioza, a tytułowa postać jest niemalże na drugim planie. Nie miałbym z tym problemu, gdyby film nazywał się „Furioza”, ale się nie nazywa. Ale to już uwaga na marginesie.

Przeczytaj także: Wszystko, co wiemy o GTA VI. To będzie największa gra w historii.

Zmierzam do tego, że o ile można lubić jedną czy nawet dwie odsłony tego cyklu, to jako seria Mad Max jest po prostu fatalny, nieskładny i zdaje się być tworem czysto przypadkowym. I nawet sam jej twórca ma jak widać bardzo niefrasobliwy do niej stosunek. Jeśli chcecie traktować Mad Maxa jako serię, co gorsza jako spójną serię, to czeka was masa rozczarowań i frustracji. Nie kojarzę drugiej takiej serii, nawet zawierającej w sobie o wiele gorsze filmy, która byłaby tak niespójna i zaniedbana.

George Miller to jeden z najbardziej przecenianych reżyserów w historii

Jako post scriptum tego teksu i jego myśli przewodniej chciałbym nadmienić, że reżyser serii Mad Max, czyli George Miller z niewiadomych dla mnie powodów uznawany jest za mistrza, klasyka, geniusza niemal. Tymczasem gdy przyjrzymy się jego filmografii, to zobaczymy, że podobnie jak seria Mad Max, tak i ona jest chaotyczna, przypadkowa, niechlujna. Po trylogii Mad Maxa zrobił on film „Czarownice z Eastwick” z Cher, Michelle Pfeiffer, Susan Sarandon i Jackiem Nicholsonem, który do połowy jeszcze bronił się świetnym aktorstwem i dobrymi dialogami, ale w drugiej połowie zmienił się w jakąś absurdalną kreskówkę. Potem Miller zrobił swój zaledwie drugi dobry film w całej karierze, czyli dramat „Olej Lorenza”. Następnie z jakiegoś powodu przeszedł do kina familijnego i nie dość, że kręcił rzadko, to w tym okresie dał światu „Babe – świnka w mieście” oraz dwie części przeciętnej acz sympatycznej animacji CGI „Tupot małych stóp”. Parę lat później wrócił z czwartym Mad Maxem, a ostatnio w 2022 roku nakręcił jeden z najgorszych filmów w swej karierze, czyli „Trzy tysiące lat tęsknoty”. Niby to baśń, ale pusta w środku, rozmemłana, banalna i momentami dramatycznie kiczowata. Czy tak wygląda filmografia wielkiego twórcy? No nie. W jego dorobku mam wrażenie króluje przypadek, artystyczna schizofrenia, bardzo przeciętny warsztat (dopiero w czwartym „Mad Maksie” pokazał, że potrafi nakręcić rzecz w wirtuozerskim stylu, ale to jeden jedyny raz w jego karierze). Ze względu na rozgłos serii Mad Max uchodzi on za wizjonera. Tam gdzie inni widzą wizjonera ja jednak widzę gościa, który chyba nie do końca na poważnie traktuje swoją karierę. Co oczywiście ma swoje dobre strony, ale też z drugiej, gdy uświadomimy sobie, że reżyser z takim potencjałem jaki pokazał w „Fury Road” przez prawie 20 lat nakręcił raptem 3 filmy i były to filmy familijne, które mógłby nakręcić tak samo ktokolwiek, to trudno nie mieć poczucia zmarnowanego potencjału. Oczywiście to jego życie i jego kariera, natomiast domyślam się, że trudno jest być fanem Millera. Podobnie zresztą jak trudno jest być fanem serii Mad Max.

Część odnośników to linki afiliacyjne lub linki do ofert naszych partnerów. Po kliknięciu możesz zapoznać się z ceną i dostępnością wybranego przez nas produktu – nie ponosisz żadnych kosztów, a jednocześnie wspierasz niezależność zespołu redakcyjnego.