uncharted recenzja filmu

Indiana Jones ery TikToka. Czy „Uncharted” to udana adaptacja przebojowej serii gier?

Przemysław Dobrzyński Przemysław Dobrzyński Rozrywka

Tom Holland oraz Mark Wahlberg łączą siły na ekranie i próbują dostarczyć fanom filmową wersję popularnej serii gier wideo. Jeśli ktokolwiek szczerze wierzył, że „Uncharted” przełamie legendarną już klątwę złych filmowych adaptacji gier wideo, to niestety i tym razem obejdzie się smakiem.

Recenzja Uncharted – a miało być tak pięknie

W „Uncharted” poznajemy młodego chłopaka o imieniu Nathan Drake, który pracuje w barze, co jakiś czas „dorabiając” sobie podkradaniem kosztowności swoich klientów. Pewnego dnia odwiedza go jednak mężczyzna Victor Sullivan (dla przyjaciół Sully) i proponuje Nathanowi wspólną wyprawę w poszukiwaniu największego ukrytego skarbu w historii.

Niestety, filmowa wersja przygód Nathana Drake’a jest nieudana. Zarówno jako adaptacja popularnej serii gier, jak i przygodowe kino dla mas.

Zacznę od tego, że film ten niewiele ma wspólnego z pierwowzorem. Łączą go imiona bohaterów i ogólny zarys historii plus motywy przygodowe. Ale to wszystko. „Uncharted” mógłby być jakimkolwiek innym filmem o poszukiwaczach skarbów. Równie dobrze, a może nawet lepiej, sprawowałby się jako prequel niegdyś popularnej serii filmów „Skarb narodów” z Nicolasem Cage’em.

Zobacz też: To już pewnie – będzie Street Fighter 6!

Scenariusz napisany jest ciężką ręką. Pierwsze pół godziny to dość mętne ekspozycje bohaterów i ich motywacji, a później fabuła porusza się żółwim tempem i grzęźnie w gąszczu przeciętnych dialogów. Dopiero bliżej finału film się rozkręca i zaczyna wzbudzać w widzach (jedynie) cień ekscytacji. Nie oczekuję od tego filmu wybitnej dramaturgii, genialnych kwestii czy błyskotliwego humoru, natomiast „Uncharted” jedynie próbuje przekonać widza, że jest dobrze napisanym filmem. Pozornie wszystko jest na swoim miejscu. Dajmy na to, humorystyczne wymiany zdań między Nathanem a Sullym są być może błyskotliwie zabawne, ale tylko w głowach autorów skryptu. I to samo dotyczy innych fabularnych aspektów tej produkcji.

Tom Holland i Mark Wahlberg w filmie Uncharted
Tom Holland i Mark Wahlberg w filmie Uncharted

Twórcy zarzekają się niby, że film ten jest zrobiony z szacunkiem dla gier wideo, na których jest oparty, ale ja mam wrażenie, że autorzy „Uncharted” co najwyżej pograli sobie w kilka epizodów gry, albo co gorsza obejrzeli najbardziej widowiskowe gameplaye na YouTubie i na tym kończy się ich znajomość serii. Gdyby było inaczej, to nie zrobiliby z Nathana Drake’a sprawnego gimnastycznie herosa kina akcji. Drake nigdy nim nie był.

W grach jego jedyną supermocą jest na dobrą sprawę jedynie wielkie szczęście. No i małpia zwinność do wspinania się. W filmie nie wspina się praktycznie w ogóle, za to całkiem nieźle i zwinnie walczy. Jego cyfrowy pierwowzór tymczasem nie był specjalnie uzdolniony pod tym względem – potrafił się bić czy strzelać, ale na dość przeciętnym poziomie.

Tymczasem Holland chyba nadal uważa, że jest po części na planie „Spider-Mana”. Jego wyczyny akrobatyczne bardziej przypominają fikołki Pająka niż Nathana Drake’a.

Nie wspomnę już o tym, że po prostu nie pasuje on do tego roli. Na dobrą sprawę gra tu postać niewiele odmienną od jego wersji Petera Parkera. Wydaje mi się, że powinien on sobie odpuścić na jakiś czas filmy akcji, gdyż zdaje się odgrywać je na jednej nucie.

Tom Holland jako Nathan Drake
Tom Holland jako Nathan Drake

Oczywiście to niezły aktor, ma odpowiednią charyzmę, świetnie się czuje i prezentuje przed kamerą, potrafi przekazywać emocje swą mimiką, ale po prostu chyba nie ma za bardzo pomysłu na siebie w tego typu kinie poza powtarzaniem swoich wcześniejszych aktorskich trików.

Jeśli chodzi o Marka Wahlberga, to w jego przypadku niewiele mam do powiedzenia. On po prostu jest w tym filmie. Jego kariera jest dla mnie fenomenem i tajemnicą, gdyż w każdym filmie gra tą samą techniką, którą najstarsi górale nazywają „drewnianym aktorstwem”. Na jego twarzy, bez względu na okoliczności, nie widać żadnych emocji, poza co najwyżej dziwną mieszanką irytacji i znużenia. W „Uncharted” oczywiście jest tak samo. I nie, nie gra on Sully’ego, bo ta postać, którą oglądamy w filmie to nie jest Sully, tak samo jak Holland nie jest Drake’iem.

Twórcy nawet nie potrafią umiejętnie mrugać okiem do fanów gier. W filmie jest krótka scena, w której epizod gra Nolan North, czyli aktor dubbingujący Nathana Drake’a w grach. Tyle, że to mrugnięcie okiem do fanów jest kompletnie bez sensu, w ogóle się z niczym nie klei. Jest po prostu po to, by być i móc odhaczyć je jako „wykonane”.

Ponoć filmowy „Uncharted” jest nie tyle adaptacją gier co ich prequelem.

Ma to, jak rozumiem, zachęcić zarówno fanów gier, by wybrali się do kina, jak i zwrócić uwagę ludzi, którzy nie znają serii i po prostu chcą obejrzeć rozrywkowe widowisko. Tyle, że i ten aspekt nie trzyma się kupy i jest niekonsekwentny. Na dobrą sprawę najbardziej widowiskową sceną z filmu, jest ta, która stanowi prawie dokładne odtworzenie fenomenalnej sekwencji spadania z samolotu, która miała miejsce w grze „Uncharted 3”. Także argument prequela upada jako, że raczej nie jest możliwe by Drake znalazł się w podobnej sytuacji za kilka lat.

Zresztą zastanawia mnie w ogóle po co odtwarzać w kinie sekwencje znane z gier w sytuacji, gdy dziś elektroniczna rozrywka pod względem grafiki i reżyserii jest praktycznie równie ekscytująca co wysokobudżetowe kino? A sam fakt, że twórcy filmowi nie byli w stanie wymyślić swojej własnej, nowej, zapierającej dech w piersiach sekwencji, tylko zżynają pomysły od twórców gier, jest smutnym dowodem na erozję kreatywności w Hollywood. W grze ratuje nas konwencja i akceptujemy wirtualny świat oraz reguły nim rządzące. W filmie ujęcia rzeczywiste łączą się z komputerowymi, co powoduje dysonans w odbiorze.

Fenomenem serii „Mission: Impossible”, do której też po części puszcza oko film „Uncharted”, jest to, że tamtejsze sceny akcji są tworzone przeważnie bez użycia komputerów. Sam Tom Cruise często bierze w nich czynny udział bez pomocy kaskaderów. W „Fallout” dla przykładu jest genialna scena spadania w powietrzu, ale nakręcona w realnym świecie, a nie w studiu z użyciem CGI, i robi ona potężne wrażenie. W „Uncharted” podobna scena nie ekscytuje z taką samą siłą i stanowi raczej czystą popisówkę dla 12-latków.

Powyższe uwagi prowadzą mnie do głównego zarzutu pod adresem filmu „Uncharted”. Całość wypada nudno, ubogo i blado w porównaniu z grami.

Konsolowe wersje Uncharted mają wciągające fabuły, ciekawe zagadki logiczne i przede wszystkim fenomenalne, wirtuozersko wyreżyserowane i zaprojektowane sekwencje akcji. Wspomniane przeze mnie wcześniej scena ze spadaniem z samolotu czy bliska finału sekwencja strzelaniny na dachu pędzącego pociągu z „Uncharted 2” pomimo upływu lat ciągle zawstydzają pod względem formalnym Hollywood. Przede wszystkim cała seria gier Uncharted jest tak bardzo filmowa, że bardziej się praktycznie nie da. Tak więc już tylko pod tym kątem, tworzenie jej adaptacji wydaje się poronionym pomysłem i co najwyżej skokiem na kasę.

Jednym z głównych elementów serii Uncharted, oraz innych gier przygodowych, jest rozwiązywanie tajemnic i zagadek znajdujących się w starożytnych budowlach bądź jaskiniach. Ten aspekt twórcy filmowej adaptacji położyli najbardziej. Zagadki są banalne, nudne, nie ma w nich nawet 10 procent pomysłowości i zmysłu konstrukcji, jaki znamy z gier. Na dobrą sprawę w filmie jest tylko jedna scena z nimi związana, rozgrywająca się w podziemiach kościoła w Hiszpanii. I jest potwornie nużąca!

Poza tym wszystkim, by być kompletnie uczciwym dla twórców, „Uncharted” jest względnie nieźle zrobionym filmem od strony formalnej.

Nie znajdziecie tu żadnej wizualnej maestrii, wybitnych ról, niesamowitych zwrotów akcji. Natomiast wszystko jest (tylko i aż) poprawne. Także widz szukający lekkiej rozrywki może się względnie nieźle bawić na tym seansie. Oczywiście bez rewelacji i raczej zapomni szybko o tym filmie, ale jest to nieszkodliwa guma do żucia. Fanom gier raczej tego filmu nie polecam. No chyba, że chcą utwierdzić się w przekonaniu, że współczesne kino rozrywkowe powoli staje się nudne i mniej atrakcyjne względem dobrych gier wideo.

Na YouTubie znajdziecie profesjonalnie zrobiony fanowski film „Uncharted”, który bije tę hollywoodzką, kosztującą ponad 100 mln dol. wersję na głowę.

Ogólna ocena

4/10

Sprawdź najlepsze prezenty na komunię

Partner poradnika:

Kup prezent na komunię z apką PAYBACK i zgarnij punkty
Impression Tag
Sprawdź najnowsze wpisy