Z dużej chmury… no właśnie? Cloud Computing

Android 2011-05-29

cloud

 

Z racji weekendowej posuchy newsowej napiszemy sobie dziś razem artykuł – ja zacznę a Wy skończycie 😉 Uważam, że największą potęgą „nowych mediów” jest nie tyle dostępność zawsze i wszędzie, ale przede wszystkim – bardzo bliski kontakt z czytelnikiem (ej, bez przesady, bez skojarzeń!). Jako że bardzo cenię sobie Wasze komentarze, bo lubię znać zdanie czytelników – Androidowców mi podobnych, a tym bardziej tych, którzy mają podejście zupełnie inne niż ja, zapraszam do dyskusji. Rzucam dziś temat – Internetowa Chmura.

Jeśli chociaż odrobinę interesujecie się nowoczesną techniką i nie spędziliście ostatnich dziesięciu lat w pustelni musicie znać określenie „Cloud Computing”. Oddzielenie danych od konkretnej maszyny i przypisanie ich do konta, grupy kont. Pomysł wydawałoby się banalny – mieliśmy to już wcześniej, w uproszczonej wersji znane jako „system kontroli wersji”, np. linuxowy Git. Kilka osób pracujących nad jednym projektem pobiera sobie z firmowego serwera plik, pracuje na nim, a po wprowadzeniu zmian umieszcza nową wersję na serwerze. Oto zalążki Chmury – nasze dokumenty są gdzieś daleko, nie wiemy nawet na jakim konkretnie komputerze. Ważne, że mamy do nich zawsze dostęp i możemy współdzielić z innymi.

Gdyby ktoś zapytał mnie konkretnie, jak zaczęła się chmura internetowa, odpowiadam szczerze – nie wiem ;). Ale pierwsze co przychodzi mi do głowy to… Gmail. Gigantyczne (w każdym razie – kiedyś) ilości zupełnie darmowych gigabajtów danych aż prosiło się o bardziej sensowne zagospodarowanie, niż tylko składowanie załączników ze spamu – więc z okazji większych projektów po prostu tworzyło się tymczasowe konto [email protected], wrzucało pliki jako załączniki w wiadomościach do samego siebie i tak to funkcjonowało. Przynajmniej dopóki Google się nie zezłościł (tak, tak – w regulaminie Gmaila jest wyraźnie, ze nie można używać konta jako wirtualnego dysku). A tu nagle – Chmura!

Po pierwsze taniejący przesył danych. Po drugie zmniejszające się koszty ich magazynowania. Dodajemy do tego ogromną wygodę dla użytkownika i mamy to co dzieje się teraz – wszystko w Chmurze. Już nie chodzi o to, że w pracy mamy inny komputer, w domu prywatny, a pendrive tak łatwo się gubi (wiem coś o tym) [Ja też… /Bartek], albo nie zgraliśmy najnowszej wersji projektu i cały misterny plan „posiedzę nad tym w weekend” bierze w łeb. Chodzi o to, że sami, całkiem prywatnie mamy coraz więcej urządzeń i wszystkie one są dostatecznie zaawansowane by umożliwić nam pracę na tych samych plikach. Mamy smartfony, notebooka, tablet i komputer stacjonany (niepotrzebne skreślić) – chcieć synchronizować to wszystko przy użyciu kabelka i własnej pamięci „co i gdzie ostatnio robiłem” to zapewniona paranoja;) I tu z pomocą przychodzą nam zewnętrzne serwery.

Na wszystkich wersjach przeglądarki mamy te same zakładki, nawet historie wyszukiwań. W telefonie kontakty, kalendarze i notatki takie jak na komputerze i tablecie. Byle lista zakupów – zsynchronizowana. Bardziej oczywisty przykład, czyli pierwsze co kojarzy się z Chmurą ewidentnie, a dla wielu osób jest jej symbolem – Dropbox. Jak ja mogłem żyć bez Dropboxa zanim go nie było już nie pamiętam. Ostatnio miałem do wykonania projekt grupowy – gdzie tam pendrive, nawet nie wysłaliśmy miedzy sobą jednego załącznika – wszystko we wspólnym folderze Dropboxa.

Następny bardzo modny ostatnio przykład – przenieś swoją muzykę do sieci! Google już rozpoczyna swoją muzyczną ofensywę, Apple też coś potajemnie knuje, wykupując kolejne domeny zaczynające się na „i” (boje się, że niedługo ta literka zostanie opatentowana). Na razie jest to za proste, żeby zachwycić – zwykłe udostępnienie swoim urządzeniom wcześniej wysłanej na serwer muzyki. To już znamy po postacią np. SoundCloud, z którego sam korzystam. Można nawet posunąć się do stwierdzenia, że YouTube jest taką globalną chmurą pełną muzyki – znam osoby, które tworzą sobie playlisty i słuchają muzyki z YT na co dzień (zauważcie – wyłączenie ekranu w trakcie odtwarzania filmu nie pauzuje go).

Ale składowanie plików to tylko początek, ostatecznym celem jest integracja z Chmurą sklepów z multimediami. Spodobał Ci się jakiś kawałek? Namierz go SoundHoundem czy Shazam, kup jednym kliknięciem w sklepie Google i wysłuchaj od razu. Nie, nie ściągaj – od razu słuchaj.

Jasne, można pytać „po co to komu”, czy nie wygodniej po dokonaniu zakupu po prostu ściągnąć plik w formacie mp3? Tak, ale zauważcie, że to rodzi dla wydawców problem kontroli plików – ktoś sobie te pliki skopiuje np. na komputer, tablet, a potem „pożyczy” komuś innemu… A tak wydawca sprzedaje tylko „prawo do odsłuchiwania” i dzięki temu może być bardziej przychylny udostępnianiu płyt, do których ma prawo. iTunes nie działa w Polsce z powodu problemów z prawami autorskimi. Myślę, że Chmura pozwoliłaby to spokojnie obejść. Poza tym, małe, kilkumegowe pliki z muzyką to jedno, ale czy wolicie czekać na ściągnięcie 30mb podcastu, czy wolicie wysłuchać go od razu?

I tu dochodzimy do sedna – czy pliki, które kupujemy lub sami umieszczamy na serwerze znajdującym się gdzieś, w jakieś gigantycznej hali w USA, Chinach, czy „niewiadomogdzie” to dalej nasze pliki? Czy tylko zostało nam prawo do „odczytu i zapisu”? Popatrzcie, już teraz udostępniamy masę (MASĘ!) informacji o sobie w Internecie. Nasze dane osobowe i lokalizacyjne są cudowną pożywką dla reklamodawców. Co szkodzi firmom delikatnie, „przy okazji” zajrzeć do naszych plików, zobaczyć nad czym pracujemy, polecić jakąś naukową książkę, jeśli akurat intensywnie robimy notatki na zajęciach. Już przecież Gmail wyświetla nam reklamy dopasowane do treści naszych maili. Czy to dobrze, to już zależy od podejścia każdego z nas – po pierwsze czy akceptujemy reklamy personalizowane (przecież taka podpowiedź „z tego się nauczysz!”, „to ci się spodoba!” może być pomocna). Po drugie i chyba ważniejsze – czy akceptujemy wgląd w nasze pliki.

Mój nauczyciel od SOiS (kto rozwinie skrót? 😉 ) mówi zawsze: „Wygoda nigdy nie idzie w parze z bezpieczeństwem”. Tak jest w przypadku zapamiętywania numeru naszej karty w sklepach internetowych i tak też będzie w przypadku Chmury.

Wracamy do zastosowania użytkowego Cloud Computingu, które omówiliśmy tylko w wersji „light” – synchronizacji danych. Ale co z pracą na plikach w Chmurze? Przykład – Google Docs. Tu wszystkie pliki są po prostu w sieci. Ba, tu nawet program do edycji jest w sieci, Dosc oferuje przecież w pełni użyteczne narzędzia do tworzenia tekstów, arkuszy kalkulacyjnych, nawet prezentacji! Wszystko w oknie przeglądarki! Google posuwa się dalej – swoim Chrome OS pokazuje, że w przyszłości całość naszego oprogramowania będzie znajdowało się w sieci, na dyskach będzie tylko niezbędne minimum.  A gdyby kiedyś padły serwery Google zabierając ze sobą moje notatki i dokumenty…

Ok, ja zacząłem, teraz wasza kolej 😉 Nie pytam czy korzystacie z chmury, bo korzystacie nawet nie zdając sobie z tego sprawy – takie czasy;) Ale czy jesteście od Chmury świadomie „uzależnieni”? Czy to przyszłość? Jeszcze nie teraz, ale gdy infrastruktura mobilnego internetu będzie wystarczająco szybka i pewna niezależnie od tego czy jesteśmy w centrum miasta, czy w górach – jak będą wyglądały nasze urządzenia? Czy ważniejszy od ilości pamięci w smartfonie będzie pakiet danych od operatora? A może przenoszenie wszystkiego na zawnętrze serwery to błąd?

Ten tekst zaczął powstawać na tablecie, skończyłem go na komputerze, a wszystko za pomocą aplikacji Evernote. Ale gdzie moje wypociny były po drodze – nie wiadomo 😉






    Przewiń stronę, by przeczytać kolejny wpis
    x