Fabuła The Last Of Us to zdecydowanie najjaśniejszy punkt całej gry od Naughty Dog. Gdyby produkcję stworzyło inne studio, prawdopodobnie także odniosłaby sukces, ale czy pamiętalibyśmy o niej po 7 latach od premiery? Prawdopodobnie nie. W przypadku The Last Of Us jest inaczej, a to dlatego, że scenarzyści studia nie bali się igrania z dobrze znanymi schematami, choć im także zdarzyły się pewne potknięcia. Uwaga, w tekście znajdują się SPOILERY fabularne z pierwszej części gry.

Fabuła The Last Of Us

Fabuła The Last Of Us
Fot. The Last Of Us

Gry tego pokroju, czyli tytuły AAA, nie powstają w głowie jednego człowieka. Nie inaczej jest w przypadku The Last Of Us, ale tutaj najważniejszą postacią, która czuwała nad historią, jest Neil Druckmann. Człowiek, który swoją karierę w Naughty Dog rozpoczynał od roli programisty, ale jako stażysta. Obecnie jest czołowym przedstawicielem firmy, który wypowiada się o nowych tytułach, a także głównym scenarzystom pierwszej części The Last Of Us. W tracie swojej kariery zawodowej piął się po jej szczeblach i współpracował m.in. z Amy Hennig, która pracowała jako scenarzystka przy pierwszych odsłonach serii Uncharted. Henning zaczęła nawet prace przy czwartej odsłonie gry, ale w 2014 roku odeszła z firmy.

Fabuła The Last Of Us powstała w głowie Druckmanna jeszcze wtedy, kiedy był on na studiach i stanowi wypadkową tego, co dobrze możemy już znać. Znajdziemy tam bowiem połączenie niemal każdego filmu o zombie, ale nie zabrakło także powiązań z Sin City Franka Millera. Druckmann postać Joela opierał na bohaterze komiksu Johnie Hartinganie. Cynicznym byłym policjancie, który interesuje się tylko sobą. Do momentu, aż w jego życiu pojawi się Nancy Callahan, która jako dziecko została porwana. Między postaciami nawiązuje się dziwna więź, która prowadzi do krwawego finału. Przy okazji warto przeczytać komiks „Ten żółty drań”, by poznać zakończenie tej opowieści lub obejrzeć film Sin City, który dość wiernie oddawał fabułę.

Zobacz też: PlayStation 5 – konsola, która dużo obiecuje.

Druckmann wziął więc rzeczy z popkultury, które możemy znać od dawna i nadał im trochę innego kształtu. John zmienił się w Joela, choć łącza ich podobne cechy, a Nancy stała się Ellie. Fabuła The Last Of Us od samego początku miała być mroczniejsza, niż w serii Uncharted, a nacisk chciano położyć na zupełnie innego rodzaju emocje. I teraz ze spokojem można stwierdzić, że to się udało.

Fabuła The Last Of Us
Fot. The Last Of Us

Bohaterowie, a nie akcja

Fabuła The Last Of Us pełna jest widowiskowych wydarzeń, ale zupełnie innego rodzaju, niż te w Uncharted. Nie ma tutaj spadających samolotów, wykolejonych pociągów i tego wszystkiego, co dodaje „efektu WOW”. Jest kameralnie, co sprawia, że gracz łatwiej przywiązuje się do bohatera, którym steruje. Utożsamianie się z postacią Joela zostało tutaj poprowadzone po mistrzowsku, a zaczęło się od samego prologu. Obserwujemy w nim, jak Sara, córka Joela, myszkuje po domu, a potem wręcza swojemu ojcu prezent. Gracz, który od samego początku wciela się w rolę młodej dziewczynki, czuje się inaczej, niż w chwili, kiedy pierwszą scenę rozgrywałby jako dorosły mężczyzna.

Wprawdzie perspektywa po chwili się zmienia, ale odczucie pozostaje i jest potęgowane przez kolejne wydarzenia. Rozruchy w mieście, paniczną ucieczkę przed nieznanym jeszcze zagrożeniem, aż do tragicznego finału. Sara umiera na rękach Joela i dopiero wtedy przechodzimy do właściwej części gry. Gdyby studio zdecydowało się to uprościć, dać graczom po prostu historię Joela i Sary w formie napisów początkowych lub późniejszych retrospekcji, nie wywarłoby to takiego wrażenia na odbiorcy.

Fabuła The Last Of Us
Fot. The Last Of Us

Druckmann podczas pisania wyznaje zasadę, którą wyznaje także Cory Barlog (twórca God of War), czyli „proste historie, skomplikowane postaci”. I to widać w The Last Of Us, bo choć mamy tutaj prostą opowieść o podróży przez zniszczone zarazą Stany Zjednoczone, to mamy także drogę Joela do tego, by pogodzić się z przeszłością. Oczywiste jest to, że Joel oraz Ellie połączy specyficzna więź, która budowana konsekwentnie rozwijana w czasie rozgrywki.

Coś, o co warto walczyć

Nie da się pisać o fabule The Last Of Us bez wspomnienia o zakończeniu gry. UWAGA SPOILERY. Główna oś opiera się na podróży, którą odbywają Joel oraz Ellie. Dziewczyna ma trafić do grupy Świetlików. Organizacji, która chce ocalić świat (w uproszczeniu), a sama Ellie jako jedyna, jest odporna na zarażenie. Jest więc jedyną nadzieją dla reszty ludzkości na lepsze jutro. Ellie jest gotowa na poświęcenie, ale Joel nie, co prowadzi do tego, że protagonista morduje wszystkich, którzy chcą ocalić świat. Bez zawahania się. Gracz może nawet wybrać, czy chce strzelać do bezbronnych lekarzy. Joelem targają różne emocje, a wśród nich najbardziej widoczny jest żal. Żal do świata, że stracił córkę i teraz do Świetlików, że chcą mu odebrać kolejną.

Reszta ludzkości nie ma dla niego znaczenia, bo on znalazł to, co jest dla niego ważne. Sama Ellie podczas rozgrywki wypowiada znamienne słowa, że trzeba znaleźć coś „o co trzeba walczyć”. Można powiedzieć, że zakończenie jest kontrowersyjne, ale tak naprawdę jest jedynym, które ma sens, patrząc na całą fabułę. Odebranie Joelowi Ellie byłoby błędem. Bohater wróciłby do tego samego punktu, co na początku. Wprawdzie teraz też może ją stracić, ale ma przynajmniej poczucie, że tę walkę może jeszcze wygrać. Ma na coś wpływ. Nie jest to klasyczne zakończenie, do których przyzwyczaiły nas inne produkcje. To nie happy end, a raczej zapowiedź kolejnej tragedii. Jednak tragedii na własnych warunkach.

Fabuła The Last Of Us
Fot. The Last Of Us

Nie wszystko się udało

Fabuła to jedno, ale siłą The Last Of Us jest także sama sceneria. Bohaterowie przeciskający się przez zawalone budowle, zniszczone miasta czy opuszczone domy. To wszystko buduje klimat, który może kojarzyć się nawet z „Drogą”. Cormac McCarthy stworzył podobny obraz kraju po katastrofie, gdzie życie buduje się na nowo pomiędzy dwoma osobami. Sceneria dodaje tylko smaczku. Jednak Naughty Dog musiało stworzyć grę, a takie produkcje mają też swoje zadanie. Mają przynosić rozrywkę, a nie być tylko opowieścią.

Zobacz też: Wszystko, co warto wiedzieć o Cyberpunk 2077

Rzeczą, która mogła opowieść zaburzać, były tzw. kill roomy. To specyficzny rodzaj etapu, gdzie bohater musi rozprawić się z kolejnymi falami przeciwników. Wprawdzie w The Last Of Us nie było tego za dużo, ale mimo wszystko potrafiło to zaburzyć odbiór gry. Można się także spotkać ze stwierdzeniem, że produkcja Naughty Dog to „symulator noszenia drabiny”. Faktycznie sporo w produkcji powtarzalnych rozwiązań, ale całość to trochę bardziej rozbudowana korytarzówka, więc niektóre rzeczy trzeba wybaczyć. Szczególnie że nie jest ich dużo.

Potrzebna kontynuacja?

The Last Of Us II swoją oficjalną premierę ma 19 czerwca. To kontynuacja, która nie musiała powstawać, bo część pierwsza jest mimo wszystko zamkniętą historią. Wprawdzie gracz nie otrzymuje wszystkich odpowiedzi, ale w tym jest urok tej opowieści. Druckmann w wywiadach twierdzi, że nie zabrałby się za kolejną część, gdyby nie miał do przekazania czegoś ważnego. I tutaj warto uwierzyć mu na słowo. Do tej pory nie zawiódł i pierwsze recenzje produkcji wskazują na to, że tym razem także tak nie będzie. Przekonamy się, czy o The Last Of Us II także będzie pamiętać za kilka lat.

Źródło: Naughty Dog

Google News
Obserwuj ANDROID.COM.PL w Google News i bądź zawsze na bieżąco!
Obserwuj

Bartosz Szczygielski

Nowymi technologiami zajmuje się od kilku lat. Kiedy o nich nie pisze, to pewnie pisze kolejną książkę. Jeżeli nie pisze kolejnej książki, to pewnie ogląda seriale, a jeżeli nie ogląda seriali, to najprawdopodobniej śpi.