Sukces Apple TV+ wydawał się przesądzony. Do promocji usługi zaproszono największe gwiazdy ze Stanów Zjednoczonych, zapowiedziano autorskie treści, które miały przyciągnąć miliony widzów i nic nie zapowiadało tego, że Apple polegnie. Wprawdzie trudno tutaj mówić o porażce, ale sukcesem swojej platformy firma nazwać nie może. Co poszło nie tak?

Sukces Apple TV+ to sukces marketingu

sukces Apple TV+
Fot. Apple TV+

Zacznijmy od tego, że z początku chyba wszyscy czekali na Apple TV+. Przynajmniej w tej kwestii, żeby poznać ich pełną ofertę i zobaczyć, czy będą mogli mierzyć się z Netflixem czy HBO Go. Kiedy na prezentacji co chwila pojawiały się nowe, znane twarze, można było spodziewać się mocnego uderzenia. Czegoś, co przyciągnie użytkowników, którzy wprost nie będą w stanie oderwać się od smartfonów czy laptopów. Jednak kiedy kurz po premierze trochę opadł, okazało się, że sukces Apple TV+ opierał się na marketingu i wysokich oczekiwaniach odbiorców. Teraz widać to najdokładniej.

W założeniu Apple TV+ nie różni się niczym od innych serwisów VOD. Miesięczna płatność za dostęp nie jest specjalnie wygórowana (24,99 złotych), można oglądać na kilku urządzeniach i tak dalej. Standard. Plusem miało być to, czego nie da się zobaczyć u konkurencji, czyli autorskie treści. Oprah Winfrey miała być jedną z nich, a do tego jeszcze Jennifer Aniston czy Jason Mamoa. To jednak nie wystarczyło. Teraz kiedy każda platforma VOD z filmami i serialami, przeżywa swój najlepszy okres, Apple TV+ jako jedyne nie zanotowało zwiększenia zainteresowania. Innymi słowy, liczba użytkowników utrzymuje się tam na stałym poziomie. Kiedy Netflix piął się w górę na przełomie marca i kwietnia, Apple TV+ stało w miejscu.

Zobacz też: Co wylądowało dziś na Netflix?

Takie dane przynajmniej prezentuje Business Insider. Owszem, nowi klienci się pojawiali, ale ich przyrost był taki sam, jak w lutym. Tego nie można powiedzieć o innych platformach VOD, a konkretniej… o wszystkich innych. Apple TV+ jako jedyne ma tego typu „problemy”, co jasno pokazuje, że marketing to nie wszystko. Tutaj istotne są biblioteki treści oraz autorskie programy. I te drugie są czymś, co wielu zraziło na początku istnienia usługi.

Mało treści, wysokie wymagania

Apple TV+
Fot. Apple TV+

Wydawało się, że Apple wstrzeliło się idealnie z premierą swojej usługi. Zdążyli przed Disney+ oraz HBO MAX i mieli ogromne zaplecze gwiazd. Do tego jeszcze darmowa, roczna subskrypcja dla tych, którzy kupi nowy sprzęt producenta. Wystarczyło stworzyć coś dobrego, a usługa byłaby „samograjem”. Jednak Apple TV+ cierpi na pewną wadę, która w oczach wielu odbiorców, dyskredytuje ich zupełnie. Treści jest zwyczajnie za mało i za rzadko się pojawiają. Kilka seriali, które miało już swoją premierę, okazało się być co najwyżej „w porządku”. Gwiazdorska obsada przyciąga widzów, ale ci potrzebują różnorodności.

I potrzebują ogromnego katalogu, co widać na przykładzie Netflixa. Tam można spędzić parę godziny tylko na tym, by wybrać coś, co chce się obejrzeć. W przypadku usługi Apple wystarczy kilka minut. Nie chodzi tutaj nawet o samą jakość produkcji dostępnych na platformie. Chodzi o możliwości wyboru, bo „skoro płacę, to wymagam”. Apple twierdzi, że ich tytuły skierowane są do wymagającego widza i mogą mieć trochę racji. Jednak taki widz nie przynosi dochodów, a przynajmniej nie w ogromnym stopniu. Kiedy większość świata musiała zostać w domach, Netflix stał się najpopularniejszą rozrywką. Nie dlatego, że oferował najlepsze treści. Oferował ich zwyczajnie najwięcej i to w stosunkowo dobrej cenie. Apple TV+ rozwija się bardzo powoli i jeżeli tak dalej pójdzie, przepaść między serwisami VOD będzie się tylko powiększać.

Źródło: Business Insider / PhoneArena

Google News
Obserwuj ANDROID.COM.PL w Google News i bądź zawsze na bieżąco!
Obserwuj

Bartosz Szczygielski

Nowymi technologiami zajmuje się od kilku lat. Kiedy o nich nie pisze, to pewnie pisze kolejną książkę. Jeżeli nie pisze kolejnej książki, to pewnie ogląda seriale, a jeżeli nie ogląda seriali, to najprawdopodobniej śpi.