Gdzie dziś są krytycy ACTA 2, bojownicy o wolność Internetu?

mm Maciej Olanicki Artykuły 2019-04-11

Film nagrany dzisiejszego ranka przed ambasadą Ekwadoru w Londynie robi niesamowite wrażenie. Jest w nim coś przewrotnego, kuriozalnego, wręcz karykaturalnego. Widać na nim Juliana Assange’a siłą wynoszonego z budynku w pozycji horyzontalnej, coś pokrzykującego. Wśród rosłych funkcjonariuszy jego sprzeciw nabiera cech groteski. Policjanci zdają się to dostrzegać, uśmiechają się pod nosem, nadają tej tragedii wymiar farsy. Dlaczego tragedii? Gdyż film ten przedstawia człowieka skończonego – droga, na którą zmuszony był dziś wkroczyć Julian Assange skończy się w paszczy amerykańskiej machiny penitencjarnej.

Julian Assange aresztowany

Aresztowanie Assange’a było możliwe, gdyż władze Ekwadoru odebrały mu azyl polityczny. Alarmista przebywa w tej chwili w areszcie i to brytyjskie władze zdecydują o jego losach. Co ciekawe, w komunikacie prasowym brytyjskiej policji znalazła się informacja, że aresztowanie odbyło się w imieniu USA. Jeszcze większym zaskoczeniem jest to, że aktualnie Departament Sprawiedliwości USA oskarża go tylko o udział w spisku, za co grozi mu kara do pięciu lat więzienia. Warto jednak pamiętać, że jeszcze kilka miesięcy temu Assange oskarżany był o szpiegostwo, udział w spisku, przywłaszczenie mienia amerykańskiego rządu i szeroko pojęte przestępstwa komputerowe. Z czego wynika ta zmiana?

Wcześniej na mocy Espionage Act z 1917 roku Julian Assange mógł być skazany na wieloletnie więzienie, w 2015 roku jego pełnomocnicy szacowali wyrok na około 45 lat więzienia, a nawet… zostać stracony. W grudniu zeszłego roku prezydent Ekwadoru chciał nawet zawrzeć z Assangem umowę – twórcy WikiLeaks proponowano gwarancję, że nie zostanie wydany w ręce państwa, gdzie stosuje się karę śmierci. Mowa o wydarzaniach raptem sprzed czterech miesięcy. W ich świetle zapewnienia Departamentu Sprawiedliwości USA o rezygnacji z lwiej części zarzutów wypadają wyjątkowo mało wiarygodnie.

Gdzie eksperci od wolności i cenzury?

Jeśli ktoś oczekuje po tym felietonie indeksu zasług i osiągnięć Assange’a, to się rozczaruje. Są one niepodważalne i jeśli dorobek WikiLeaks dotąd nie zrobił na kimś wrażenie, to zapewne nigdy nie zrobi. Gwoli jasności – Assange nie jest kryształowy, ale szwedzkie śledztwo to jedno, a śmierć za prowadzenie WikiLeaks to drugie. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na inną kwestię. Ogromnym zaskoczeniem w tej sprawie jest niewielki odzew, jaki wzbudziła wśród aktywistów na rzecz wolności Internetu. Pokaz ich siły mieliśmy okazję przecież śledzić w ostatnim czasie wielokrotnie, podczas protestów najpierw przeciw tzw. ACTA 2, ostatnio przeciw TERREG. Dziś jednak milczą, co skłania do zadawania pytań.

Gdzie podziewają się ci bojownicy o wolność Internetu, gdy człowiekowi, który jak nikt się dla tej wolności zasłużył, grozi niebezpieczeństwo? Gdzie pikiety, hasła i petycje? Gdzie premier Morawiecki, eurodeputowany Boni, pokrzykujący z trybuny, że wolność Internetu to wartość nadrzędna i że walczyć będą o nią tak długo, jak to będzie możliwe? W końcu – gdzie Google, Facebook, YouTube czy Wykop oraz liczni publicyści, którzy w tzw. ACTA 2 upatrywali egzystencjalne zagrożenie dla naszych swobód i własnej działalności? Czy Julian Assange i WikiLeaks nic dla nich nie znaczą? Jak w takim razie rozumieją wolność Internetu? Czy wystarczy, by zagrożenie nie wiązało się z zagrożeniem ich partykularnych interesów, by pozostali bierni?

Wolność Internetu – definicje blakną

Mamy jakieś wyobrażenie, jak wolność Internetu pojmuje Julian Assange – binarnie. Wolność albo jest nieograniczona, albo jej nie ma. Jakiekolwiek ograniczenie stanowi przecież antytezę wolności. Objawiało się to w jego działalności, co dobrze zostało uchwycone w filmie z Benedictem Cumberbatchem – Assange skonfliktował się z własnym środowiskiem, gdyż dążył do publikacji akt bez jakiejkolwiek ich redakcji, wykreślania nazwisk czy adresów. To podejście dalekie jest od wyłożonej przez de Tocqueville’a definicji wolności dla matołków sprzedawanej od podręczników w podstawówkach po programy partii politycznych, według której wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się… bla, bla, bla.

Jak konfrontować tak pojmowaną wolność z tą, o którą walczono ostatnio w Internecie? Swoje stanowisko na temat Dyrektywy w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym przedstawiłem w osobnym felietonie i od czasu jego publikacji się ono nie zmieniło. Nadal jestem zdania, że mówienie w kontekście tzw. ACTA 2 o cenzurze i grzebaniu wolności Internetu to manipulacja napędzana przez dużych dostawców usług internetowych i „twórców”, którzy na powielaniu czyjejś własności intelektualnej zbudowali core business. Ale rozumiem, że wiele osób mogło się w tę napędzaną emocjami i brakiem technicznych konkretów narrację dać wciągnąć. Nie rozumiem natomiast, jak spływać może po nich los założyciela WikiLeaks.

Być może się mylę i inicjatywy na rzecz wsparcia dla Juliana Assange’a właśnie się organizują. Chciałbym w to wierzyć. Ale znacznie łatwiej wierzyć mi niestety w to, że ograniczenia w używaniu treści objętych prawem autorskim na Facebooku przemawiają do wielu osób bardziej niż aresztowanie założyciela WikiLeaks. Koty, memy i heheszki pewnie okażą się ważniejsze niż zakrojona na bezprecedensową skalę działalność, w wyniku której upubliczniono akta dowodzące prześladowań, korupcji, zabójstw i zbrodni wojennych. Jeśli tak, to na żadną wolność Internetu najzwyczajniej nie zasłużyliśmy.

Fotografia główna: Cancillería del Ecuador na licencji CC BY-SA 2.0.





x