Huawei pokazuje światu, kto tak naprawdę jest Wielkim Bratem

mm Maciej Olanicki Artykuły 2019-02-27

Już tylko do jutra potrwa w stolicy Katalonii Mobile World Congress. Czas zatem na pierwsze podsumowania. Bez większych problemów mogę już teraz wskazać zdecydowanie najważniejsze wydarzenie tegorocznej odsłony kongresu. Rozczarują się jednak ci, którzy sądzą, że chodzi o pokraczne eksperymenty ze składaniem smartfonów, kuriozalną Nokię 9 PureView czy gargantuicznego Energizera.

Najważniejszy moment podczas tegorocznego MWC został uchwycony na poniższym zdjęciu wykonanym przez Angela Garcię z redakcji Bloomberga:

Huawei na MWC

Widać na nim Guo Pinga, członka zarządu Huawei, który w imieniu swojej korporacji z godną pozazdroszczenia subtelnością i finezją przywraca nadzieję, że oprócz faktów medialnych istnieją jeszcze jakieś inne fakty. Że zamiast podejrzeń i zarzutów, można posługiwać się dowodami. W końcu – że prawda nie relatywizuje się i nie wypacza, choćby była poddawana najcięższej presji politycznej. Jak widać, mowa zatem o sprawach ważniejszych niż najnowszy Galaxy S10.

Krótka historia szaleństwa

Z zawodowego obowiązku od lat odnotowuję oskarżenia o szpiegostwo, jakie padają pod adresem między innymi chińskich producentów sprzętu i oprogramowania. Zaręczam, że jest to kwestia znacznie starsza niż prezydentura Donalda J. Trumpa, wielokrotnie była podnoszona na długo przed tym, jak Steve Bannon uwierzył, że Tariff Man ma szansę zasiąść w Pokoju Owalnym. Pisano o niej także na długo przed tym, jak o rzekomym szpiegostwie Huaweia zaczęły się wypowiadać polskie media mainstreamowe.

Nie każdy na przykład wie, że jednym z pierwszych sformalizowanych epizodów tej historii był opublikowany już w 2013 roku przez Komisję Wywiadu i Bezpieczeństwa Wielkiej Brytanii raport „Foreign involvement in the Critical National Infrastructure. The implications for national security”. W dokumencie tym zawarto kierowane do pracowników brytyjskiej administracji i służb zalecenie, by ci nie posługiwali się urządzeniami Huawei w celach służbowych.

Powodem nie jest to, że MI5 ma podejrzenia czy dowody na szpiegostwo na rzecz Chin. Smartfony Huawei są odradzane, gdyż istnieje techniczna możliwość szeroko pojętej inwigilacji. A skoro istnieje, to dla bezpieczeństwa Korony należy ją wyeliminować i sprowadzić ryzyko do zera. Trudno takiemu zdroworozsądkowemu podejściu Security Service cokolwiek zarzucić – Huawei ma techniczne możliwości „podsłuchiwać”, a czy to robi? To nie ma żadnego znaczenia. Sicher ist sicher.

Donald J. Trump to the rescue

Tego rodzaju raporty twórczo wykorzystał Donald J. Trump, który z wojną handlową przeciw Chinom na ustach szedł przecież przez całą kampanię wyborczą. Bardzo szybko techniczną możliwość, o jakiej alarmowały brytyjskie służby, przekuł na oskarżenie podchwycone błyskawicznie przez media i sojuszników. Z dnia na dzień firma Huawei zaczęła być otwarcie oskarżana o szpiegostwo na rzecz Chińskiej Republiki Ludowej.

Na tym etapie warto wspomnieć, że szlaki były już przetarte. Dokładnie ten sam scenariusz zrealizowano już wcześniej z firmą Kaspersky Lab i jej oprogramowaniem antywirusowym. Bez żadnego technicznego dowodu udało się zbudować napędzaną emocjami teorię, według której Kaspersky Lab to przybudówka SWR. Rezultat? Zakaz wykorzystywania antywirusów Kaspersky’ego w amerykańskiej i europejskiej administracji.

Powodem miało być pobranie przez antywirus pliku przechowywanego na komputerze należącym do jednej z amerykańskich instytucji. Po przeprowadzeniu audytu potwierdzono pobranie pliku, który okazał się zainfekowany. Zadziała zatem standardowa dla współczesnych antywirusowych procedura – w ramach dostarczania proaktywnej ochrony próbki szkodników są pobierane i analizowane. Działa tak dosłownie każdy liczący się dziś antywirus i to dzięki niej krótko po wykryciu nowych szkodników udaje się zabezpieczać miliony komputerów jednocześnie.

Raport z audytu Kaspersky’ego był jedynym dokumentem w całej sprawie, w którym przedstawiono rzetelne dane techniczne. Te jednak nie przemówiły do zachodniej opinii publicznej, wyrok został już wcześniej wydany. Walka z rosyjskim oprogramowaniem szpiegującym była jednym z najdonioślejszych osiągnięć początkowego okresu prezydentury Trumpa. Blokadę szybko podchwycono w Brukseli za sprawą Anny Fotygi – polskim zwyczajem zawsze wobec Białego Domu hiperentuzjastycznej.

Kaspersky i Huawei na jednym jadą wozie

Podobnym hiperentuzjazmem rządzący nad Wisłą wykazali się także w sprawie Huaweia. Wszak to o Polsce grzmiały media na całym świecie, gdy ujęto jednego z lokalnych dyrektorów korporacji i pracownika ABW. O szczegółach sprawy nie wiadomo oczywiście nic. Należy mieć tylko nadzieję, że zgromadzono wobec nich więcej dowodów niż wobec Mateusza Piskorskiego, który od trzech lat pod zarzutem szpiegostwa na rzecz Federacji Rosyjskiej pozbawiany jest wolności, a o jego uwolnienie upomina się już nawet ONZ. Na próżno.

Jak widać, sprawy Huawei i Kaspersky’ego są do siebie podobne. W obu przypadkach głównym rozgrywającym jest Donald J. Trump. W obu przypadkach padają oskarżenia o szpiegostwo, w obu mamy do czynienia z cementowaniem amerykańskiej narracji przez niestrudzonego europejskiego sojusznika – Polskę. Ale jest jeszcze jeden wspólny mianownik.

W obu sprawach brakuje choćby jednego dowodu na winę oskarżonych.

Jednego dowodu, nie mnóstwa dowodów i nie licznych podejrzeń. Jednego dowodu. Jak bowiem uważał gigant logiki, profesor Bogusław Wolniewcz, natłok dowodów zawsze jest oznaką tej lub innej formy matactwa. „Mnóstwo dowodów to znaczy, że nie ma żadnego dobrego” – powiedział Wolniewicz na antenie Telewizji Republika. Mijają kolejne miesiące, Huawei oferuje się nawet z udostępnieniem kodów źródłowych, a dowodów wciąż nie dostarczono.

Uważam, że dowodu na szpiegowanie przez urządzenia lub oprogramowanie firmy Huawei nie opublikowano, gdyż żadnego dowodu na to zwyczajnie nie ma. Gdyby istniał, to zostałby opublikowany. Choćby po to, by raz na zawsze wytrącić argumenty i zamknąć usta sceptykom.

Jest tylko jeden Wielki Brat

Wróćmy teraz do zdjęcia uwieczniającego moim zdaniem najważniejszy moment tegorocznego Mobile World Congress. W tle widzimy pryzmat efektownie rozszczepiający wiązkę światła oraz parafrazę znanego z bajki o Królewnie Śnieżce pytania: „lustereczko, powiedz przecie, kto jest najpiękniejszy w świecie?”. W prezentacji Guo Pinga lustereczko zostaje jednak zastąpione słowem PRISM, czyli pryzmat, co jest oczywistym nawiązaniem do rewelacji opublikowanych przez Edwarda Snowdena w 2013 roku.

I nie ma tu miejsca na spekulacje, hipotezy czy gdybania. PRISM jest faktem, a dowody na jego istnienie dostarczył właśnie Edward Snowden. Zostały one mimowolnie potwierdzone przez Jamesa R. Clappera, Dyrektora Wywiadu Narodowego, który zresztą funkcję tę pełni do dziś. Szanowni Czytelnicy, na świecie jest tylko jedno państwo, któremu udowodniono utrzymywanie globalnego systemu nadzoru komunikacji opartego o gromadzenie metadanych. Tym państwem są Stany Zjednoczone.

Jak dotąd tylko raz w historii ujawniono, że rządowa agencja z polecenia głowy państwa nawiązała partnerstwo z rodzimymi liderami branży IT – między innymi Microsoftem, Google, Facebookiem czy Apple – i zbudowała działający na ogromną skalę system cyfrowej inwigilacji. Był on wykorzystywany do szpiegowania milionów osób na całym świecie, podsłuchiwania przywódców grupy G20 podczas szczytu w Londynie, a nawet do inwigilacji ówczesnego prezydenta Rosji, Dmitrija Miedwiediewa.

Subtelnym przypomnieniem o PRISM Huawei przechodzi do kontrofensywy. Przez ostatnie miesiące korporacja bombardowana była bezpodstawnymi oskarżeniami przy jednoczesnym braku jakiejkolwiek solidnej argumentacji. Teraz zdecydowała się przypomnieć, kto tu jest prawdziwym Wielkim Bratem i na szpiegowską działalność którego ze światowych mocarstw zgromadzono twarde dowody.






Przewiń stronę, by przeczytać kolejny wpis
x