Republika Apple – czy producent iPhone’ów dojrzał do demokracji?

mm Maciej Olanicki Artykuły 2019-02-10

Publikacja wyników finansowych Apple zachwiała wiarą, że korporacja zmierza we właściwą stronę. Nie pierwszy raz od śmierci Steve’a Jobsa i na pewno nie ostatni. Na naszych łamach mieliście w ostatnim czasie okazję przeczytać ciekawą publikację, w której wymienione zostały kontrowersyjne, ale utrzymane w mocy, decyzje Apple. W pewnym sensie w odpowiedzi należałoby zatem wymienić przypadki, w których Apple się myliło i musiało słono za to zapłacić.

Darujmy sobie frazesy o „końcu magii” u Apple

Wbrew przeświadczeniu o nieomylności i perfekcjonizmie Apple, takich sytuacji było mnóstwo. W tym artykule skupimy się zaledwie na jednym z najświeższych przypadków, gdyż to one mają największy wpływ na aktualną sytuację. Stwierdzenie, że korporacja „straciła swój czar” zostało w ciągu ostatnich kilkudziesięciu miesięcy powtórzone w branżowych mediach mnóstwo razy. Najczęściej bez większego uzasadnienia i argumentacji, za to zgodnie z modą. Próby odnajdywania potwierdzenia tej wyświechtanej opinii w wynikach finansowych zawsze będą zakończone sukcesem, gdyż analizowanie działalności takiego kolosa jak Apple na „chłopski rozum” pozwala na dowolne dośpiewywanie sobie zbyt daleko idących wniosków. My skupimy się jednak na konkretach.

Kobieta z iPhonem w salonie Apple

W zeszłym roku doszło być może do największej wizerunkowej wpadki w najnowszej historii Apple. Chodzi oczywiście o niesławne programowe spowalnianie wydajności iPhone’ów ze zużytą baterią. Ta sprawa była niezwykle ważna dla branży na wielu płaszczyznach. Przede wszystkim dlatego, że Apple musiało się ugiąć. Co ważne – ugiąć się, mając rację. Jeśli się nad tym dobrze zastanowimy, lepiej dla użytkownika jest, by jego urządzenie działało wolniej, niż nie działało wcale, a do tego sprowadzało się wprowadzenie limitu obciążenia wykorzystywane przez producenta. Stabilność nad wydajnością – takiego wyboru dokonałaby zapewne zdecydowana większość użytkowników iOS-a.

Prawo do dokonania (złego) wyboru

Rzecz w tym, że nie dokonała, bo nie było jej to dane. Nauczone wieloletnim doświadczeniem Apple było przekonane, że wie lepiej, co jest dobre dla użytkowników. Nikt nikogo nie pytał o zdanie, a cały proces decyzyjny był skrzętnie ukrywany przed klientami przez lata. Tajemnicę wyjawiły dopiero benchmarki. Swoją drogą, gdyby do podobnej historii doszło na gruncie branży motoryzacyjnej, producent zapewne zatroszczyłby się odpowiedni „tryb testowy”, który maskowałby wszelkie ograniczenia. Niestety, mimo ambicji stworzenia własnego samochodu, Apple jest pod względem tego sortu „sprytu” daleko za Volkswagenem.

Koniec końców – Apple się ugięło. Z dnia na dzień w najwyżej wycenianej korporacji na świecie doszło do bezprecedensowej demokratyzacji procesu decyzyjnego. Dla większości stabilność jest nadrzędna nad wydajnością, ale ta sama większość chciała mieć prawo wyboru. Nawet jeśli miałby to być kiepski wybór i prowadzić do ciągłego wyłączania się urządzenia. Wspomniana demokratyzacja była kamykiem, który zapoczątkował lawinę – dalej był już tylko program obniżonej ceny wymiany baterii. Ten z kolei wydłużył cykl życia urządzeń, a to poskutkowało mniejszą sprzedażą nowych urządzeń.

Mężczyzna w salonie Apple

Dla wielu komentatorów wyjaśnienia Cooka (o ciągu przyczynowo-skutkowym między obniżką kosztów wymiany a sprzedażą iPhone’ów X) są naciągane. Dla mnie są one całkiem wiarygodne, gdyż zdaję sobie sprawę, jak wiele osób chętnie kupiłoby iPhone’a SE 2 zamiast iPhone’a XS. A skoro w ich iPhone’a SE albo 6S właśnie tchnięto nowe życie dzięki wymianie baterii, to dalsze rozważania o zakupie nowych urządzeń wzięły w łeb. Zdecydowany sprzeciw klientów, a następnie uwzględnienie ich woli i demokratyzacja decyzji o losach starszych iPhone’ów – tyle wystarczyło, by solidnie zachwiać kwartalnymi wynikami.

Apple w epoce po dobrym cesarzu

Apple może się zatem do woli szczycić decyzjami, przy których wytrwało, jak na przykład porzucenie CD-ROM-u w MacBooku Air, porzucenie gniazda minijack w iPhone’ach czy konserwatywna polityka cenowa. O słabości tej korporacji pod koniec drugiej dekady XXI wieku nie świadczy, jak się to powszechnie uważa, „brak magii” czy inne tego pokroju wyświechtane frazesy. Dzisiejszą słabość Apple obnaża to, że incydentalne wsłuchanie się w głos klienteli poważnie zachwiało sprzedażą najważniejszego produktu.

Dyktatura „dobrego cesarza” Jobsa to już – jak na branżowe warunki – zamierzchłe czasy. Osiem lat po jego śmierci Apple wciąż nie chce dostrzec, że być może jedynym wyjściem są rządy kolegialne z klientami. Tłum ponoć zawsze jest ciemny, ale bywa groźny. Udowodnił to przy okazji sprawy spowalniania iPhone’ów i udowodni jeszcze nie raz w przyszłości.

Zobacz też: Decyzje Apple, które nie podobają się fanom, ale firma ich nie zmieni