Prawo do naprawiania – ruch, który zmienia elektronikę użytkową na lepsze

mm Maciej Olanicki Artykuły 2019-02-10

Wizyta w jakimkolwiek muzeum techniki użytkowej może być przygnębiającym doświadczeniem. Łatwo się dzięki niej przekonać, że upływ czasu nie zawsze wiąże się z rozwojem. W niektórych aspektach życia towarzyszące nam urządzenia stały się nie tylko brzydsze, ale także znacznie bardziej prymitywne. Ograniczone są także możliwości samodzielnej reperacji – prawo do naprawiania własnych urządzeń zostało nam zwyczajnie zabrane.

Prawo do naprawiania – jak z posiadaczy staliśmy się użytkownikami?

Największy problem stanowi jednak to, że szczelnie zamknięte przed użytkownikiem obudowy dzisiejszych urządzeń skutecznie zniechęcają nas do zadawania sobie pytania – jak to działa? Ginie nas stopniowo dziecięca ciekawość, która skłania do zastanawiania się „co to coś ma w środku”. O ile niezaspokojoną ciekawość można pewnie jeszcze jakoś przełknąć lub zaspokoić bez samodzielnego demontażu, tak znacznie większym wyzwaniem mogą się okazać naprawy.

Protestujący na rzecz prawa do naprawiania

Protestujący na rzecz prawa do naprawiania. Źródło: iFixit.org

Producenci robią dziś wszystko, by całkowicie zmonopolizować naprawy urządzeń. Próba samodzielnej naprawy może się skończyć utratą gwarancji, co z reguły stanowi skuteczny odstraszacz. Nie brakuje i bardziej radykalnych rozwiązań. Prym widzie tu chyba Apple. W jednej z aktualizacji iOS-a, niby przypadkiem, przestały działać niektóre panele dotykowe. Szybko okazało się, że „niektóre” oznacza w tym przypadku nieoryginalne, zamontowane w nieautoryzowanych salonach napraw.

Podobne zagrywki producentów można mnożyć w nieskończoność, jednak lepiej zastanowić się, czy istnieje, jakiś punkt graniczny, po którego przekroczeniu zdamy sobie sprawę, jak wiele zmieniło się na gorsze. Czy wrażenie zrobi na kimś wizyta w muzeum, gdzie jednym z eksponatów jest telewizor turystyczny z osobnym przyciskiem otwierającym tylną część obudowy? A może już na dobre oddaliśmy całkowitą władzę nad swoimi urządzeniami w ręce producentów? Staliśmy się tak naprawdę tylko ich czasowymi najemcami – użytkownikami, a nie właścicielami?

Aktywizm na rzecz prawa do naprawiania – to działa!

Są ludzie, dla których ta sprawa jest ważna. Mowa o coraz liczniejszym gronie aktywistów na rzecz „right to repair”, czyli prawa do naprawiania. Szczególnie sprawnie działa on w Stanach Zjednoczonych, ale ekspanduje także na Europę. W grudniu grupka aktywistów była zauważalna pod budynkami Komisji Europejskiej, gdzie głosowano w sprawie regulacji dotyczących konstrukcji AGD. Dzięki nim sprzęty mają być projektowane tak, by ich rozkładanie nie groziło uszkodzeniem.

Ruch right to repair ma zresztą na koncie sporo sukcesów, przede wszystkim w USA, gdzie prawodawcy zdają się szybciej reagować na procesy rynkowe. Dzięki nim w Stanach można już „legalnie” korzystać z własnego recovery i custom ROM-ów na smartfonach. Producenci nie mogą już także stosować naklejek, których zniszczenie pozbawiało użytkownika prawa do gwarancji. Również nagłośnienie i zeszłorocznej sprawy programowego ograniczania wydajności iPhone’ów przez Apple zawdzięczamy w dużej mierze ruchom right to repair.

Największymi orędownikami prawa do naprawiania są ludzie skupieni wokół świetnego przedsięwzięcia iFixit.org. Możecie ich znać z demontowania nowych urządzeń i oceniania w 10-stopniowej skali, jak bardzo są one „naprawialne”. Wyspecjalizowani w inżynierii wstecznej eksperci zrobili na swojej unikatowej bazie wiedzy niezły interes. Dziś sprzedają na przykład wysokiej jakości akcesoria do samodzielnego demontażu i naprawy urządzeń.

Powolne zmiany na lepsze

Praca u podstaw zdaje się przynosić rezultaty, o czym świadczyć może współpraca iFixit i Lenovo. Dzięki niej do smartfonów Motorola można dokupić sobie zestaw akcesoriów ułatwiających demontaż i naprawę. Producent chwali się także, że urządzenia zostały zaprojektowane z troską o zachowanie prawa do naprawy. Oczywiście przede wszystkim jest to świetny ruch wizerunkowy dla nieco wyblakłej dziś marki Moto, ale – czy tego chcemy, czy nie – cel uświęca środki.

Owoc współpracy iFixit i Motoroli

Co ważne, prawo do naprawiania ma dziś świetną tubę medialną, gdyż dobrze łączy się z aktywizmem na rzecz ochrony środowiska. Większe możliwości naprawy to dłuższy cykl życia urządzenia i mniej elektronicznych śmieci. Prace legislacyjne w USA, inżynieria wsteczna spod znaku iFixit czy nietuzinkowe podejście Motoroli pokazują, że w kwestii prawa do naprawiania coś się zmienia i zmienia się na lepsze.

Pozostaje żywić nadzieję, że ten powiew świeżości w myśleniu o elektronice użytkowej dotrze kiedyś także nad Wisłę. Z całą pewnością przedstawiciele pokoleń szczycących się wychowaniem na Adamie Słodowym, byliby chętni do wymiany baterii czy stłuczonego ekranu w swoim smartfonie. Zwłaszcza że siła nabywcza złotego wypada wobec elektroniki niezbyt imponująco, zaś cykl życia urządzenia jest nawet kilkukrotnie dłuższy, niż chcieliby tego producenci.

Główna fotografia: „Duga radar system: wreckage of electronic devices”, Jorge Franganillo na licencji CC BY 2.0.



  • Adam Mada

    Jako producent nie zgodził bym się, aby w czasie gwarancji ktoś nawet z fachową wiedzą grzebał w wyprodukowanym przeze mnie produkcie. Po gwarancji owszem – rób, co chcesz. Jako osoba, która swego czasu sama naprawiała, lub przynajmniej próbowała sama naprawić domowe sprzęty z usterką wiem, że niektóre dzisiejsze urządzenia (nawet te mniej skomplikowane technicznie lub elektronicznie) jeśli nawet naprawialne, to często ich demontaż kończy się uszkodzeniem np obudowy, albo po rozkręceniu obudowy, nie jesteśmy w stanie sami wymienić jakiegoś elementu, bo producent celowo zatarł oznaczenia np na układach scalonych, a te, które są, nie są nas w stanie naprowadzić na zamiennik. Swego czasu zakupiłem całą wieżę diory. Jako Polak, chciałem wspomóc polskiego producenta i co? Po gwarancji zaczęła się po trochu sypać. Rozkręcam, a tam procek philipsa z zapisanym programem, którego nie sposób było dostać nawet w serwisie diory. Czysty niezaprogramowany układ ok, ale o programie mogłem tylko pomarzyć. Inna sprawa to jego zaprogramowanie w tamtych czasach. Dziś nie kupuję już byle czego. Dokładnie śledzę poczynania producentów i nawet kupując pralkę kierowałem się tym, aby bęben był rozbieralny i miał wymienne łożyska. Kupując sprzęt uzywany-uszkodzony kieruje się prawdopodobieństwem, na ile jestem sobie sam poradzić z jego naprawą. A często takie sprzęty kupuje za kilka zł, więc przy opłacalnej naprawie jestem w stanie kupić dobry sprzęt za mikroskopijny ułamek jego ceny w sklepie. Nie muszę co roku kupować nowego telefonu, jeśli stary jeszcze działa, nie muszę mieć nowego, mogę kupić używany od kogoś, kto stwierdził, że jednak ten mu nie odpowiada i pozbywa go się np za 1/3 ceny.

    • Zbigniew Ziolkowski

      Jako producent sprzedajesz mi sprzęt który staje się moją własnością więc guzik Ci do tego co z nim robię jest mój i koniec. Kolejna kwestia to zacieranie znaczników i inne praktyki(projektowanie sprzętu tak aby utrudnić badz uniemożliwić naprawę) i o to właśnie chodzi aby producenci projektowali tak swoje urządzenia żeby niczego „przypadkiem” nie urwać oraz żeby sprzęt sluzyljak najdłużej. A jak ktoś nie chce żeby w jego sprzęcie grzebać niech go zwyczajnie nie sprzedaje. Poza tym jeśli ktoś cokolwiek urywa, traci gwarancję. Normalnie cisnienie podnoszą mi takie komentarze….

      • Adam Mada

        Więc postaw się w takiej sytuacji: jesteś producentem i kupiłem laptopa Twojej firmy za np 20000zl. Podkusiło mnie go rozkręcić, zrobiłem zwarcie i sprzęt padł. Wg Twojego toku rozumowania wysyłam go Do twojej firmy lub współpracującego serwisu i rządam jego nieodpłatnej naprawy w ramach gwarancji. Wyobraź sobie, że zrobi tak 1000 osób z tych, które go kupiły i jesteś 20000000 w plecy. Producent udziela gwarancji na sprzet, ale jeśli zaczniesz go rozkręcać ponad dopuszczalne normy, to serwis anuluje Ci gwarancje. Po to są plomby, aby takie osoby jak Ty nie grzebały tam, gdzie nie wolno, bo pożegnasz się z gwarancją. Poza tym, po co grzebac, jak jest na gwarancji i działa? Jeśli nie podoba się w takiej wersji, jak ja sprzedano, to zrób sobie sam po swojemu. Może zrobisz to lepiej. A jeśli jesteś zwolennikiem grzebania w nowych i kupionych za własne pieniądze sprzętach, to grzebać sobie. Nikt Ci nie zabroni. Najwyżej zepsujesz i kupisz nowy, przecież producentom właśnie o to chodzi, aby sprzedaż rosła.

  • Tomasz

    A apple jest swiecie przekonane, ze bankrutuje z winy naprawiaczy akumulatorow.

    • rad252

      Po części tak jest, użtykownicy nie widzą sensu wydania dużych pieniędzy na nowy telefon, bo widzą że przekłada się to na niewielkie ulepszenia. Jak stary jest dobry to po co wymieniać.

  • Szamajama_Okutasi

    To nie tyczy się tylko urządzeń typu telefony, czy inne RTV, ale także np samochodów. W wielu nowych modelach nawet wymianę głupiej żarówki tak skomplikowali, że trzeba rozebrać do tego pół auta, a co za tym idzie, jechać do ASO, zostawić auto nawet na kilka godzin i zapłacić za to minimum kilkaset zł. Za czynność, która kiedyś w każdym aucie zajmowała maks 5 minut i mógł ją przeprowadzić każdy kierowca, nawet ten co się na mechanice kompletnie nie zna.

    • Adam Mada

      Czytałem gdzieś, że w wysokich modelach audi aby wymienić pióro wycieraczki, trzeba się udać do autoryzowanego serwisu i dopiero po podpięciu kompa, da się przesunąć mechanizm tak, aby czynność ta była wogole możliwa. Nie jestem pewien, co by się stało, gdyby w czasie, kiedy pióra są w połowie szyby, odłączyć akumulator, ale miało by to zapewne jakieś konsekwencje i w sumie trzeba będzie na lawecie transportować go do serwisu, bo komputer pojazdu stwierdzi usterkę i nie pozwoli uruchomić silnika. W dzisiejszych czasach komputery w samochodach, to już standard, a czym więcej elektroniki, tym większa szansa, że coś się prędzej czy później zepsuje. Elektronika to oczywiście komfort, ale czy zawsze aż tak bardzo konieczny?

      • Szamajama_Okutasi

        Otóż to. Sam nie jestem kompletnym przeciwnikiem elektroniki w samochodach, bo część z niej rzeczywiście usprawniła korzystanie z samochodów, ale teraz pcha jej się do nich stanowczo za dużo i często tylko szkodzi i przeszkadza niż przynosi jakieś korzyści.

  • Flaqs

    Podobaja mi się Twoje artykuły. Poruszają różne ciekawe okołotechnologiczne tematy.
    Znalazlem jeden błąd delikatny: „Wyspecjalizowani w inżynierii wstecznej eksperci zrobili na swojej unikatowej bazy wiedzy niezły interes.”
    Drobnostka, ale rzuca się w oczy.
    Pozdrawiam i życzę kolejnych udanych tekstów!

    • Autor

      Bardzo dziękuję i kłaniam się za wskazanie usterki, poprawiona.

  • Chris

    Przesadzacie, mój telefon już z 5 czy 6 razy był w serwisie i ciągle naprawiony, za to co 2 naprawa to nowa gwarancja 🙂

  • Krzysiek

    Kiedyś jak potrzeba było naprawić odkurzacz typu „Jamnik” wystarczyło chwilę pogrzebać na półce w celu znalezienia właściwego numeru „Zrób to sam”… Była tam instrukcja, przekrój, schemat elektryczny. Każdy przy odrobinie smykałki do techniki był w stanie go naprawić. I to tyczyło się 99% urządzeń dostępnych na rynku do lat 90-tych, czy to AGD, czy to RTV, czy też elektronarzędzia. Dziś oczywiście też można zrobić to samemu, ale już nie jest to tak proste – przede wszystkim instrukcje serwisowe, schematy elektryczne nie są tak dostępne jak kiedys. Wszystkiego bronią zakłady produkcyjne i serwisy, no bo jak to ktoś naprawi sobie samemu…?

    Trzeba jednak wykazać się też zdrowym rozsądkiem i podstawami BHP, a nie Januszową pomysłowością. W najczarniejszym przypadku jeśli jest źle dobrany np. przewód zasilający i kogoś trzepnie prąd, to przede wszystkim trzeba mieć świadomość że do wszelkich napraw i modernizacji elektrycznych trzeba mieć odpowiednie uprawnienia elektryczne. Bo jak ich nie ma to dupa…

    • marcinadd

      Niekoniecznie osoby bez uprawnień elektrycznych mają niższą wiedzę. Moim zdaniem przy zasadach bezpieczeństwa po prostu zapoznać się z działaniem i myśleć, to powinno wystarczyć.

    • rad252

      Kiedyś było trochę mnie modeli odkurzaczy na rynku. A z tym, że gorzej, to bym nie przesadzał – masz internet. Na youtube są filmiki krok po kroku, można znaleźć instrukcje serwisowe, jest problem z układem scalonym, to znajdziesz nowy czy nawet całą płytkę do kupienia.

  • Właśnie po 6 latach padł mi piekarnik w kuchni Amici. Już szukałem nowego, ale pomyślałem, że niczym nie ryzykuję i spróbuję naprawić. Kilka śrubek, zdjęcie górnej płyty i uzyskałem elegancji dostęp do wszystkich elementow. Okazało się, że przepaliło się jedno gniazdo w programatorze. Koszt nowego 45 zł. Czyli nie jest tak źle, tylko wystarczy pogooglować i mieć odwagę samemu rozkręcić sprzęt. Ale rzeczywiście smartfony czy tablety to już inna para kaloszy. Są tak zminiaturyzowane i zintegrowane, że naprawa wymaga wymiany tak kosztownej, że nieoplacalnej.

    • Jerzy Koza

      Mam piekarnik w którym przełącznik ten jest fabrycznie wadliwy, ale serwis nie robił problemów z sprzedażą przełącznika po rozsądnej cenie, a nawet dwóch, bo po spaleniu drugiego założyłem zespół styczników i mam święty spokój z piekarnikiem, jeszcze muszę coś wymyślić na zalewanie palników. A co do telefonów to o wiele lżej mi się w nich grzebie niż przy kuchenkach czy innym sprzęcie, bo jak zna się metodę, to rozbiórka odbywa się praktycznie bez problemów, a walka z pokrywą palników kuchence, czy grzebania w starszych samochodach to prawie zawsze niezła przygoda, bo to śruba się urwie czy coś.

      • Chris

        Mi pod koniec zeszłego roku padł blender, oczywiście całość zaklejona (na YT ruscy pokazują raz rozebrać), część zamienna czyli silnik dostępna do kupienia ALE ten silnik to cały blender bez misek i elementu bledującego, do tego cena tego wyższa niż kupno całego nowego i lepszego modelu, kupiłem nowy a tamten leży, może kiedyś go rozbiore a sprzedając nowy pojemnik, element blendujący zwraca mi się połowa kosztów zakupu nowego.