Android w moim życiu #11

Cezary Zapała Android 2013-03-07

Wstęp

Witam w jedenastej części „Android w moim życiu”. W tym tygodniu zrezygnowałem z dodawania podtytułu, ponieważ będę się starał publikować po dwie historie na jedno wydanie. W tym wydaniu macie okazję zapoznać się z dwiema historiami (napisanymi przez Aleksandra Jakubowskiego i Piotra Ciastko). Panowie opowiadają jak to się stało, że zdecydowali się zakupić smartfona z Androidem, a także jakie modele trafiły na ich półki w późniejszym okresie.

Zapraszam również wszystkie niezdecydowane osoby do opisywania swoich historii i tego jaki wpływ ma Android w Waszym życiu. Jak go wykorzystujecie, do czego się Wam przydaje, co w nim lubicie oraz od czego zaczęła się Wasza przygoda z tym systemem i czy coś się zmieniło w Waszym życiu odkąd korzystacie z Androida. Teksty mogą być długie i krótkie, smutne, wesołe, zabawne, inspirujące – w tym względzie macie pełną swobodę działania. W razie wątpliwości zapraszam do wysyłania do mnie e-maili z pytaniami. Od Waszej aktywności zależy jak długo ten cykl utrzyma się na naszym portalu!

Przypominam również, że opowiadanie należy przesłać na adres cezary.zapala@android.com.pl  i należy skopiować formułkę:

„Przesłany przeze mnie tekst został napisany wyłącznie przeze mnie (Imię i nazwisko) i zezwalam redaktorom serwisu Android.com.pl na jego nieodpłatne opublikowanie, a także na korektę i drobne zmiany redakcyjne”.

Teraz zaś zapraszam do części właściwej tego artykułu. Życzę przyjemnej lektury!

[strona=”Moje początki z Androidem”]

Moje początki z Androidem

Odkąd pierwszy raz usłyszałem o Androidzie, zacząłem obserwować jego niemrawe, początkowe kroki na rynku telefonów komórkowych. Era G1, z powodu mojego skromnego budżetu, pozostawała dla mnie odległym marzeniem. Mogłem natomiast zadowolić się HTC Diamond 2, dzięki któremu firma HTC zdobyła w moich oczach uznanie za wykonanie tak dobrego (jak na te czasy) urządzenia, natomiast Microsoft stracił przez Windows Mobile, który był kompletną porażką.

Przez długi czas dawałem sobie radę z powolnością systemu, aż w końcu nie wytrzymałem i stwierdziłem – instaluję Androida. Przeszukałem forum XDA i znalazłem Androida 1.6, kompatybilnego z moim telefonem. Skopiowałem, uruchomiłem i… działa! Pierwszy raz tak naprawdę miałem wtedy styczność z Androidem (nie licząc kilkuminutowych zabaw nowymi smartfonami w sklepach). Co prawda włączał się około 5 minut, a na baterii trzymał 2 godziny i tak, pod wieloma względami, był lepszy od systemu Microsoftu. Bawiłem się Android Marketem, grzebałem w ustawieniach, udało mi się podkręcić procesor z 256 MHz do 512. Byłem tak zachwycony, że stwierdziłem, że muszę mieć porządny telefon z Andkiem. Długo zbierałem, aż w końcu nieco ponad rok temu zakupiłem HTC Sensation (którego szczęśliwym posiadaczem jestem do dziś). Był to wtedy jeden z najszybszych telefonów na rynku, porównywalny wydajnością z Samsungiem Galaxy S2. Posiadał duży ekran, działał błyskawicznie, miał pełno usprawnień, w tym HTC Sense, które uważałem wtedy za bardzo wygodne. Pierwsze wady systemu, a raczej producentów (nie tylko HTC, chodzi o całą politykę wobec klienta), poznałem dopiero, gdy wyszła aktualizacja. Google opublikowało kod ICSa pół roku przed wydaniem go przez HTC na moje Sensation. W dodatku, gdy HTC wypuściło aktualizację, mój pomarańczowy operator jeszcze ją opóźnił o 2 miesiące, gdyż musiał dodać mnóstwo mało przydatnych, skutecznie zawalających miejsce programików jak Nawigacja (mimo, że jest wbudowana też ta od Google), czy TV, dzięki któremu można oglądać ulubione seriale już od złotówki za minutę, oczywiście przez 3G zamiast Wi-Fi. W pewnym momencie (i za namową kolegów) powiedziałem sobie dość – rootuję Androida, wgrywam CyanogenMod. Pierwszy raz miałem zrobić coś poważniejszego z moim telefonem. Wtedy poznałem pojęcia takie jak ROM, root, wcześniej nie wiedziałem, jak bardzo jest to przydatne.

Podczas pierwszego rootowania czułem się niepewnie, gdyż wszędzie ostrzegali, że dużo ryzykuję. Miałem otwarte kilka instrukcji, w każdej brakowało jakiegoś pliku, więc łączę kolejne kroki z kilku instrukcji. Łatwo przewidzieć jak to się może skończyć. Nie, nie udało mi się zbirckować telefonu, ale żaden system poza stockowym (tym od HTC) nie chciał się uruchomić. Okazało się, że zmieniłem bootloader. Na szczęście znalazłem w Internecie plik z systemem od HTC, który instalował wszystko od nowa. Znowu miałem odpowiedni bootloader, starego Androida 2.3.7 z HTC Sense. Na jakiś czas dałem sobie spokój, jednak wkrótce potem ponownie wróciłem do chęci posiadania czystego softu od Google. Tym razem, wzbogacony o wiedzę z poprzedniego podejścia do roota, znalazłem kompletny poradnik i poprawnie zdobyłem pełne prawa admina w moim telefonie. Zainstalowałem CyanogenMod 9, czyli czystego ICSa wzbogaconego o kilka ułatwiających życie dodatków. Byłem wniebowzięty. Android chodził szybciej, trzymał dłużej na baterii, konsumował mniej RAMu, ale nie to było najlepsze. ICS był intuicyjny, elegancki, funkcjonalny, po prostu doskonały. Przez dłuższy czas się nim cieszyłem, jednak potem Google ukazało światu Jelly Bean. Mimo drobnych różnic między ICSem a nowym dzieckiem Googla postanowiłem przetestować CM10 (czyli JB). Niestety ROMy były wtedy w bardzo wczesnej fazie rozwoju, posiadały wiele błędów, brakowało im stabilności. Na szczęście twórcy tych ROMów regularnie wydawali update’y, które za każdym razem łatały i usprawniały system.

Dziś jestem posiadaczem ROMu Paranoid Android w wersji 4.1. Gdyby nie moja ingerencja w oprogramowanie, mój telefon nie miałby Androida w wersji Jelly Bean, gdyż HTC, skupione na nowych telefonach, zapomniało o swoich starszych dzieciach.

Dla Android.com.pl, Aleksander Jakubowski

[strona=”Z Androidem od początku”]

Z Androidem od początku

Przełom roku 2008/2009. HTC/T-Mobile/Era G1 – nie ważne, co to za telefon, ważne jaki system posiada. Premiera trafiła akurat w idealny dla mnie okres, żeby zainteresować się Androidem. Od paru miesięcy zaczynałem korzystać z kalendarza Google, Gmail już był (oczywiście jeszcze w fazie beta), kombinowałem z wysyłaniem plików na pocztę (pierwsza nieoficjalna forma Google Drive). To było coś co mnie zainteresowało, pochłonęło i trzymało w swoich „sidłach”. Niestety do pełni szczęścia nadal brakowało czegoś, co by spajało te funkcje.

Ja miałem wtedy biedny telefonik, denerwujący, wolny, wybrakowany. No bo jak inaczej nazwać Nokię 2610. Zdecydowałem się jednak na zmianę ograniczonej w tamtym czasie usługi pre-paid na abonament, który pozwalał na wybranie sobie jakiegoś telefonu. Po przejrzeniu cen stwierdziłem, że do wyboru mam dwa modele – Samsung Galaxy Spica i LG GT540. Do dzisiaj jestem niesamowicie szczęśliwy, że nie dałem się przekonać sprzedawcy na GT540. W późniejszym czasie moja narzeczona kupiła ten telefon. Wielokrotnie miałem ochotę rzucić nim o ścianę, bo nie potrafiłem używać tego ekranu – mniejsza. Spica na 1.6 wytrwała 2 dni, przyszedł 2.1. Oczywiście zebrana wiedza przed kupnem telefonu pozwoliła mi na to, żeby już kolejne 2 dni po instalacji Eclair, Spica dostała root’a i Froyo. Samdroid, CyanogenMod, 2.2, słabo wtedy działający 2.3. Oj za dużo by tego wymieniać. Ale już wtedy – niecały miesiąc po kupieniu telefonu zaczęła się moja mała tradycja – raz na tydzień zmiana ROMu. I to nie dlatego, że tak trzeba, tak po prostu wychodziło. Inny ROM, update aktualnego, zawsze znalazł się jakiś powód, żeby podłączyć telefon do komputera.

Spica się znudziła, chciałem coś, na czym będzie działał Android 2.3. Przy tym zakupie już trochę polowałem i udało mi się w bardzo okazyjnej cenie kupić nowiutki HTC Desire Z. Tutaj w sumie nie ma co się rozpisywać, bo historia była taka jak ze Spicą. Godzinę, dwie pobawiłem się stockowym romem z Sense. Potem zrobiłem root-a, 2.3 i Sense 3.5 – szybka piłka. Telefon po jakimś czasie smutno zakończył swój żywot. Wszedł razem ze mną do jeziora. Pacjent nie do odratowania.

Chwila używania jakiejś Nokii, przy której szlag mnie trafiał. Szybka zbiórka pieniędzy i poszukiwanie kolejnego modelu z Androidem. Założenie było jedno smartfon ma być lepszy od Z-tki. Może DHD? Może Arc? Ale cena też powinna być niska, może Galaxy S? Chwila… w podobnej cenie jest telefon, który może być dużo ciekawszy pod względem wsparcia developerów – Nexus S. Telefon przychodzi, używany co prawda, ale na stockowym 2.3. Wyjąłem telefon z pudełka, skonfigurowałem WiFi i pierwsze co – aktualizacja do 4.0. Po restarcie zaczynam się bawić – Holo, szmery bajery, a może by root? Odpalam xda i zaczynam czytać, chcę już włączyć debugowanie USB, ale pojawiło się coś ciekawszego – update do 4.1. To się nazywa radocha.

A jak aktualnie wygląda wykorzystanie Androida w moim życiu? Cóż, pełna automatyzacja. Llama bądź Tasker – świetne programy. W znajomych miejscach korzystam z WiFi, poza nimi mam 3G. Po wykupieniu większego pakietu danych u operatora stwierdziłem, że trzeba pokombinować coś z jego wykorzystaniem. Nie wiem jak bardzo bezpiecznym będzie opowiadanie o tym, ale Google Play Music w Polsce działa świetnie, wystarczy „sprytnie” się zarejestrować. To już kolejna rzecz. Nie ma co się bawić w wrzucanie mp3 na telefon, muzyka zawsze pod ręką. I to jest właśnie świetne – wyciągasz telefon z kieszeni i masz to czego chcesz, wcześniej poświęcisz godzinę na konfigurację, ale służy Ci długo i ułatwia życie.

Wsiadam do samochodu, wkładam telefon do uchwytu, na którym jest przyklejony tag NFC, mówię gdzie chcę jechać i jestem tam prowadzony przez Google Maps, omijając korki, czasem jadąc nieznanymi drogami, ale do celu. Czasem przeraża mnie ta automatyzacja, ale jest to tak bardzo wygodne, że nie da się od tego oderwać. Przyrośnięta trzecia ręka – niestety taka jest prawda. Ciężko poruszać się teraz bez Androida pomimo tego, że sama funkcja telefonu jest przeze mnie wykorzystywana może w 5% użycia całego smartfona.

Dla Android.com.pl, Piotr Ciastko



    Media Machine. Wolny czas, którego niestety mam coraz mniej poświęcam na zgłębianie informacji z takich dziedzin jak prawo, webmastering, trendy w Sieci, marketing oraz inwestycje budowlane.



    x